Wczoraj, czyli w sobotę, przez przypadek Piotr i ja zwiedziliśmy Most Północny, a potem mieszkanie przy ulicy Odkrytej, gdzie znaleźliśmy mnóstwo rzeczy, a pośród nich takie rarytasy jak zużyte bilety do kina: na Salę samobójców oraz Melancholię, które oglądaliśmy w początkach naszej znajomości nr 2. Nie były to filmy szczególnie radosne, a nawet dość może były ponure i apokaliptyczne. Jednak film, który zobaczyliśmy dzisiaj w tym podgatunku bije oba na głowę.
Otóż, po długim długim tego odkładaniu: a że pogoda nie taka, kino w brzydkim budynku, że seans za późno, wybraliśmy się wreszcie na Różę do kina przy ulicy Chmielnej. Dla mnie, zgodnie z wcześniejszymi przypuszczeniami, film był to trudny do obejrzenia, męczyłam się trochę i słabo mi się robiło. Nawet nie z powodu brutalności, gwałtów, mordów, poronień, okrucieństw i jednonogiego psa, ale dlatego, że mnóstwo tam było smutku, nieskończonego i beznadziejnego. Może też trochę dlatego, że te wszystkie rzeczy dotyczyły Ziem Odzyskanych, niby nie tych moich i w sumie odległych, ale jednak zawsze, z takim samym na pewno mechanizmem wcielenia do Polski Ludowej.
Ale kiedy po seansie dałam pokrótce wyraz moim zszarganym uczuciom, mówiąc coś w rodzaju: „Mówiłam, że tak będzie”, Piotr powiedział, że właściwie to był western, a potem wyjaśnił mi dlaczego. Po tym objaśnieniu poczułam się nieco lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz