Jako znana tropicielka fałszerstw i niesprawiedliwości społecznej zostałam wytypowana przez Wysoki Sąd do specjalnej misji polegającej na rozeznaniu się w pewnych dziełach sztuki. Chociaż serce mam mężne, nieco obawiałam się rozeznawać samotnie. I dlatego (choć nie tylko dlatego) zabrałam w tę misję Piotra.
Razem udaliśmy się dość brudnym pociągiem ku zachodniemu krańcowi naszego kraju, do pewnego niespecjalnie pięknego miasteczka, które nie oferuje przybyszom zbyt wielu atrakcji ani też rozbudowanej infrastruktury gastronomicznej. W niezbyt urodziwym bloku, w którym znalazła siedzibę pewna partia polityczna o ogólnopolskim zasięgu, ale takich sobie sukcesach wyborczych, dokonałam sprawnych oględzin paru dziwacznych rzeczy, które okazały się nie być żadnymi dziełami.
A potem szybko stamtąd uciekliśmy zwyczajnie brudnym pociągiem, jadącym prosto do stolicy Wielkopolski. Przywitała nas ona słonecznie i ciepło, stadami różnokolorowych królików. Spędziliśmy więc sobotę i niedzielę pomiędzy kolejnymi ich zastępami, a innymi malowniczymi atrakcjami, wśród których należy wymienić obejrzany przez nas w sobotni wieczór film dla koneserów opowiadający o przygodach J-23 i bursztynowej komnaty. Piotr wyznał, że chciał go zobaczyć ze względu na komiksy pt. Stawka większa niż życie, które czytywał w dzieciństwie. Osobiście jako dziecko jedynie oglądałam serial pod tym samym tytułem, ale za to ze 300 razy, więc specjalnie nie protestowałam. Teraz mam tylko nadzieję, że Stanisław Mikulski da radę nakręcić jeszcze jakiś film, a na pierwszy ogień proponowałabym ekranizację Pana Samochodzika i człowieka z UFO. W roli człowieka z UFO mógłby wystąpić dla odmiany Tomasz Karolak, którego wyraźnie zabrakło w nowej ekranizacji przygód Hansa Klossa.
Wczesną sobotnią nocą miasto było, zgodnie ze znaną piosenką, bardzo ezoteryczne i pełne pijaków, więc w sam raz się nadawało na spacery. A w niedzielę obejrzeliśmy walkę słynnych koziołków, pospacerowaliśmy po Cytadeli, nad Maltańskim jeziorkiem i po Ostrowie Tumskim. Tak miło i harmonijnie spędzaliśmy czas aż do niedzielnego wieczora, kiedy to ponownie wybraliśmy się w podróż koleją. Tym razem jadący na wschód pociąg był nie tylko brudny, ale też mocno przeładowany pasażerami zaopatrzonymi a to w modlitewniki, a to kontrabasy. Za to szczęśliwie – bez żadnej katastrofy, ani nawet szczególnego opóźnienia dowiózł nas do rzeczywistości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz