Dzień poezji spędziłam (z powodu bólu ucha i poczucia, że jestem już stara) głównie śpiąc i dopiero o świcie przypomniało mi się, że wczoraj z okazji odbywających się w szkole rekolekcji przeprowadziliśmy z Mateuszem (oprócz rozważań o katastrofach samolotowych) głęboką dysputę o religii.
Mateusz powiedział coś w rodzaju: „Mamo, ja nie wierzę w to, że jest jakiś tam Bóg brodaty, który sobie siedzi w chmurach i wszystkim steruje”. Pokiwałam ze zrozumieniem głową, bo – będąc dziewczynką ośmioletnią – również w takie rzeczy nie wierzyłam.
- No dobrze – powiadam do niego – ale nie musimy zaraz wyobrażać sobie Boga jako starego dziadka z długą siwą brodą i w białej szacie. Prawda?
- Nie? – zapytał z powątpiewaniem.
- Zobacz, Mateusz, jaki jest świat. Co sprawia, że deszcz pada? Że wieje wiatr?
- No chyba przyroda – rzekł rezolutnie mój syn.
- A widzisz – powiedziałam – przyroda jest przyczyną wszystkiego, jakaś siła wyższa, której nie widzimy, i która nie jest żadnym dziadkiem, ani żadną inną osobą.
- Mamo! – zawołał szczerze zachwycony – Mamo! To znaczy, że przyroda jest Bogiem. To przez przyrodę wszystko się dzieje, tak?
- Tak można tak powiedzieć.
- Hura! – zawołał Mateusz i popędził wesoło ku szkolnej bramie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz