Mateusz chciał zobaczyć kwiaty w parku, więc pojechaliśmy do parku przy Placu Wilsona, ale tam kwiatów nie było. Mateusz powiedział, że park bez kwiatów, to żaden park i nasz (Czechowicki) jest od tego lepszy, bo tam ponoć kwiaty są, o czym Mateusz wie od Darii, której to powiedziała jej cioteczna babcia.
Potem udaliśmy się na północ i przeszliśmy mostem noszącym imię polskiej noblistki na drugą stronę. Na tym moście kłębiły się tłumy i można było z niego popatrzeć na wody wiślane, kominy fabryczne, słupy wysokiego napięcia oraz osiedla. Mateusz narzekał, że droga jest długa, że słońce za bardzo świeci, a także na parę innych czynników tzw. obiektywnych. Idąc więc przez most kłóciliśmy się, a ja próbowałam odbywać z Mateuszem rozmowy wychowawcze. Bez specjalnych efektów, bo potem wszysto zaczynało sie na nowo.
Z tej drugiej strony rzeki Wisły wróciliśmy na pierwszą stronę i akurat pasowało, żeby zajść na Plac Piłsudskiego, gdzie dla mieszkańców stolicy zorganizowano widowisko pasyjne, które – jako zapalona badaczka religijności popularnej – trochę chciałam zobaczyć, a Mateusz od razu zaznaczył, że nie ma ochoty na oglądanie ukrzyżowania, ani innych okrucieństw.
Na placu były modlitwy za dzieci poczęte i nienarodzone, a także nawoływania do ich duchowych adopcji, modlono się za niewiasty, ich potomstwo, ale to noszone „pod sercem”, o bytujących na tym świecie i narzekających, z tego co pamiętam, nie wspominano, a wreszcie za rodzinę. Wzywano, żeby o swoich wrażeniach z widowiska opowiadać znajomym i je opisywać (dlatego właśnie o tym piszę); był tam też ksiądz biskup, podczas występu którego Mateusz głucho jęknął:
- Już nie mogę! Ciągle o tym grzechu. W szkole na religii stale im mówią o grzechu, i tutaj o grzechu. Uch.
A potem słychać było jakieś hałasy i głuche pomruki, i po platformie postawionej wzdłuż placu przeszedł osobnik przebrany za Jezusa. Mateusz przez ten czas marudził, że nic nie widzi. Więc w końcu stamtąd poszliśmy. Zimno się zrobiło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz