czwartek, 29 marca 2012

Mistrzyni

Pojechałam dziś z wizytą na moje ulubione stołeczne osiedle wieżowców nad samą Wisłą, aby odwiedzić Mistrzynię. Pojechałam po to, żeby opowiedzieć o postępach, jakie czyni moja zaczęta, ale nienapisana wciąż książka o ikonach, relikwiach i cudach.
Najpierw jednak dostałam naleśniki. Potem dostałam kawę. A w międzyczasie snułam opowieści o rozprawach sądowych, kłótniach i swarach z NNem, awanturach, przepychankach oraz różnych przepisach z kodeksu rodzinnego i innych kodeksów.

- Powiem ci jedno – rzekła wreszcie Mistrzyni – niech ci nie będzie przykro, ale o ciebie, to się wcale nie martwię. Martwię się raczej o Mateusza.

- Nie jest mi przykro, bo też nie o siebie, ale o niego się martwię – przyznałam.

- Ale wiesz, nawet jak nie lubisz jego ojca, to pamiętaj, że z pewnością on kocha Mateusza – powiedziała.

- O, na pewno – przyznałam ponownie.

- A miłość – kontynuowała – to rzecz unikalna. W końcu tak niewielu jest na świecie ludzi, którzy nas kochają.
I znów przyznałam Mistrzyni rację, a wtedy zadzwonił NN i zaczęliśmy przez telefon dyskutować o adresie jego wybranki, do której NN się w piątek wybiera zabierając ze sobą Mateusza. Przez ostatni tydzień robił wszystko, żeby mi go nie podać. I dzisiaj znowu odmówił, bo – jak powiedział – obawia się, że będę tę wybrankę mu nękać (a przecież w nękaniu mam dużą wprawę). Więc najpierw trochę, potem bardziej i bardziej, aż wreszcie na całego zaczęliśmy się kłócić. On mi, że nie powie, jaki ten adres; ja jemu, że jak tak, to mu nie dam legitymacji Mateusza. On krzyczał: A ty mi podajesz adresy, gdzie z nim chodzisz? A pytasz, czy możesz go zabierać na manify i inne?; mnie się w głowie kręciło ze wściekłości. Tymczasem Mistrzyni spoglądała na mnie i spoglądała, i oczy miała coraz większe z zadziwienie i przerażenia. Wreszcie mnie opadły ręce i słabo mi się zrobiło,  już musiałam iść, żeby coś z tym wszystkim zrobić, więc poszłam. Zresztą o uczonych dysputach już nie mogło być mowy. I tak to Mistrzyni o książce na temat ikon, relikwii i cudów dowiedziała się bardzo niewiele, ale za to całkiem sporo o mnie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz