piątek, 25 listopada 2011

Gdy rozum śpi

- A ty pewnie chcesz już spać. Pociechy  to masz ze mnie niewiele – mówię, bo  dzień taki, że nie jestem z siebie szczególnie zadowolona, choć nie wiadomo dokładnie z jakiegoś powodu.
- Kompoty robisz wyśmienite.  Jutro się zobaczymy – pocieszająco mówi Piotr
Ale kto dziś robi kompoty? Cóż to za pomysły, żeby robić kompoty, wypiekać chleby, albo lepić pierogi? I czy to wystarczy, żeby być szczęśliwym? No właśnie, bo byłoby dobrze być szczęśliwym. Mam znajomą, która za parę miesięcy wychodzi za mąż, z całym możliwym tego przepychem, a ja czasem słucham o różnych jej ślubnych i weselnych planach i staraniach. I mam wtedy czarne koła przed oczami, a moja wyobraźnia podpowiada wszelkie możliwie straszne scenariusze, co dalej może się stać w tej historii. Rozmawiamy o tym z Piotrem i ja mówię:

- Boję się wielu rzeczy. To jest właśnie ten problem, którego nie mają młodzi ludzie, więc mogą myśleć o sukniach, fryzurach – tłumaczę, jak mi się zdaje całkiem roztropnie.
A on na to:
- No tak, bardzo są nierozsądni i z pewnością kiedyś swojej lekkomyślności pożałują – raczej sarkastycznie to mówi.
- Niekoniecznie, nie wszyscy. Niektórzy będą szczęśliwi – mówię.
- No właśnie.
- I ja też bym chciała – na to ja.
- A u ciebie juz wszystko stracone? Bo tak bardzo boisz się popełnić błąd? – pyta.
- Jeśli będę rozsadzać wszystko od środka, to niewiele mi wyjdzie ze szczęścia i pewnie, jeśli będę się wszystkiego bać: także – tak odpowiadam i sama nawet dokładnie już nie rozumiem, co mam na myśli.

I tak to właśnie jest. Nie bałam się zostawić wszystkiego w mieście pionierów i wyjechać do Warszawy. Nie bałam się potem jeszcze stu rzeczy, których właśnie należało się obawiać. Odważnie odprawiłam pewnego dnia męża, choć on podejrzewał, że nie dam rady pociągnąć bez niego tygodnia, bo się pogubię w rachunkach, nie będę potrafiła odetkać zlewu i będę się bała pójść do urzędu. Nie wspominając nawet o tym, że będąc jeszcze w szkole podstawowej udzieliłam jednej koleżance całkiem sprawnie pierwszej pomocy (choć robić tego nie potrafiłam, bo nas pierwszej pomocy nie uczono, tylko jak założyć maskę gazową), a także o tym, że kilka razy w życiu zdarzyło mi się zabić kapciem karalucha długości co najmniej 4 cm (a było to w pewnym mieszkaniu przy Broniewskiego, kiedy wymieniali rury i karaluchy latały po kuchni i pokojach jak jamniki z sennego marzenia Waldorffa). 

Taka jestem więc odważna i niczego się nie lękam, a paraliżują mnie strachy wygenerowane przez własny umysł.  
Wszystko jednak w życiu ma swoją przyczynę. I to jest może taka przyczyna: Kiedy byłam małą dziewczynką moja babcia lekkomyślnie pozwoliła mi obejrzeć w telewizji film, czy też spektakl teatralny o wampirach. Całą noc i wszystkie kolejne noce przez następnych parę lat spędziłam z głową pod kołdrą, w paraliżującym lęku, oczekując na nadejście chmary wampirów, które mnie załatwią. Wypiją ze mnie całą krew, a resztę mnie wyrzucą na śmieci. Ale w końcu mnie nie załatwiły, nigdy się nie zjawiły, nie spożyły ani kropli mojej krwi i wreszcie jakoś do nich przywykłam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz