Może jutro będę myśleć inaczej. Ale dzisiaj wydaje mi się, że moje życie jest bardzo dziwne, skomplikowane i nie da się ułożyć, tak tak. Jest 27 listopada, grubo po północy. Cały dzień przyjmowałam gości i zrobiłam dla tych gości furę jedzenia, odbyłam z nimi 20 mądrych rozmów i 7 głupich pogawędek o niczym. A teraz siedzę tutaj, godz. 00.49 z bałaganem dookoła i z bałaganem w głowie, do czego powoli powinnam się przyzwyczajać. Niewiele pamiętam tak naprawdę sprzed dziesięciu lat, ale pamiętam, że siedzieliśmy z Piotrem przy stoliku w jakimś miejscu, diabli wiedzą, jak to się nazywało. Może w barze naprzeciwko muzeum i być może, że wchodziło się tam schodkami w dół, że było to w piwnicy. A Piotr mówi, że to było U Artystów na Mazowieckiej (więc w tym wariancie wchodziłoby się tam schodami w górę, albo nawet jechało windą). Tak czy inaczej pełno tam było papierosowego dymu, bo były to czasy, że można było palić, gdzie popadnie, a my wtedy ciągle paliliśmy. I wtedy on powiedział, choć pójdziemy zobaczyć Żółty szalik. I poszliśmy. I tak myślę, że to może było 27 listopada. A może bliżej świąt Bożego Narodzenia. Zimno było i zaraz potem pojechałam na święta do Szczecina i z tych świąt to już naprawdę prawie nic nie pamiętam, za wyjątkiem tego, że odbyłam wtedy z moim ojcem bardzo przełomowę rozmowę. Podjęłam kilka ważnych postanowień, lub może to była tylko jedna decyzja. A wreszcie wróciłam do Warszawy i wszystko potoczyło się po staremu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz