Polityka kilka razy wkraczała w nasze życie – jak to się mówi – z butami i nie mając w zanadrzu niczego dobrego.
Zaczęło się to (o ile sięgam pamięcią) co najmniej od mojej prababci, która związała się z żonatym mężczyzną, a nawet urodziła mu dziecko (to znaczy moją babcię), a on, jako że na przeszkodzie stało mu przedwojenne prawo, nie mógł się rozwieść ze swoją legalną żoną. Może zresztą nie dość się starał w tej sprawie, no i wreszcie umarł na chorobę, którą zwano w tych czasach „galopującymi suchotami”, zostawiając prababcię w pewnym kłopocie (i z nieślubnym dzieckiem). Od tego czasu zresztą trwa w mojej rodzinie dość konsekwentny antyklerykalizm, ponieważ ksiądz proboszcz nie chciał pochować mojego pradziadka na cmentarzu parafialnym jako grzesznika (i oczywiście też babcia miała z tym niemały kłopot).
Szkoda tu miejsca na mnożenie przykładów potwierdzających zgubny wpływ polityki na życie mojej rodziny. Był on jednak z niezaprzeczalny. Co gorsza, nawet kiedy połowa społeczeństwa zaczęła ją ignorować i pogrążyła się w rozkosznych odmętach konsumpcjonizmu, w moim życiu polityka ciągle coś mieszała (o czym w pewnym sensie traktował blog nr 1, którego nie mogę wykasować, bo zapomniałam do niego hasła). Były z nią same kłopoty. Niemal przez to osiwiałam i prawie że dostałam ciężkiej nerwicy. Aż w końcu przestałam czytać gazety (tylko je kartkuję w poszukiwaniu co bardziej udanych ogłoszeń matrymonialnych), w wiadomościach telewizyjnych oglądam z reguły tylko pogodę (i to głównie na Syberii i Tajwanie), a przeglądając portale internetowe poprzestaję na informacjach dotyczących rury, która pękła w Alejach Jerozolimskich.
I właśnie dzisiaj z tego eskapistycznego stanu wyrwała mnie euforia Mateusza:
- Mamo! Mamo! Mamo! Ja zostanę wybrany do trójki klasowej! – Mateusz podskakiwał i pohukiwał. „Ocho, jest się z czego cieszyć….” – pomyślałam, ale głośno starałam się wyrazić pozytywne zaskoczenie:
- Jak to? – zapytałam, oddając się wyciszającej czynności prasowania.
- A tak! A tak! Taaak! U nas było głosowanie, wszyscy głosowali i ja mam bardzo bardzo dużo głosów! Najwięcej ze wszystkich! – pohukiwał mój bardzo rozentuzjazmowany synek.
- To dużo, czy najwięcej? – starałam się pytać rzeczowo, żeby stłumić nieco jego samozadowolenie.
- Oj chyba najwięcej. Najwięcej! Najwięcej!
Przez moją głowę przeleciały obrazki z ostatnich wyborów, czy właściwie z wieczoru wyborczego. Te wszystkie małe i duże triumfy, porażki, katastrofy i rozpacze. Dziś po stronie Mateusza był prawdziwy triumf, niespodziewanie bowiem okazało się, że wyborcy go kochają i obdarzają zaufaniem. „Mógłbyś im teraz podnieść VAT i odebrać odpis za prace autorskie, o becikowym nie wspominając” – pomyślałam jeszcze, ale nic nie powiedziałam, żeby mu nie psuć charakteru. Okazało się jednak, że na to już jest za późno.
- A wiesz mamo, że na Natalkę to nikt prawie nie zagłosował! Miała na pewno najmniej głosów – triumfował mój syn.
- Zaraz zaraz – wyraziłam w ten sposób niepokój – Skąd możesz to wiedzieć? I dlaczego myślisz, że nikt na nią nie głosował – czułam się w jego towarzystwie coraz mniej pewnie.
- No jak skąd? Jak to skąd?! Bo ona nie chodzi na obiady. Wiesz, bo nie ma pieniędzy i nie jest ładna, nikt jej nie lubi. Tylko Ala na nią głosowała – objaśnił mi nadspodziewanie rzeczowo.
Głos mi odjęło na trzy sekundy, ale wreszcie powiedziałam:
- Mateusz, słuchaj, to że ktoś nie ma pieniędzy, to nie jest jego wina. Tak jak nie jego zasługa, że ma pieniądze. Jeden jest bogaty, a inny biedny. Ale ktoś taki też może być dobrym gospodarzem klasy – a Mateusz niby mnie słucha, ale jakby wcale nie, otumaniony swoim wyborczym sukcesem. Więc wreszcie powiadam do niego (już trochę nerwowo):
- Posłuchaj, a zastanów się, co by było jakby mnie zwolnili z pracy. Wtedy też stalibyśmy się biedni i pomyśl, jakbyś się czuł, gdyby Kacper i Karol powiedzieli, że z tego powodu nikt cie nie lubi?
A wtedy Mateusz powiedział:
- Mamo, ty jesteś dyrektorem. Ciebie nikt nie może zwolnić z pracy. Ty możesz pozwalniać swoich kolegów – i popatrzył na mnie znacząco.
Pomyślałam, że muszę się ukryć w kuchennym zaciszu. Odwróciłam się na pięcie i poszłam jeszcze trochę poprasować i pomyśleć: „Czy to znaczy, że polityka, którą stąd wykurzyłam (zdawało się, że na dobre) wróciła kuchennymi drzwiami? albo może znaczy, że z dużym rozmachem odcięłam tej hydrze jedną głowę, a w jej miejsce wyrosły cztery następne?”.
Moje ponure rozmyślania przerwał straszliwy rumor. Jakby się waliło Rzymskie Imperium. Biegnę więc, gdzie ten rumor. Biegnę, wyobrażając sobie różne potworności, które mogły się wydarzyć. Aż wreszcie dobiegam do Mateuszowego pokoju i patrzę, a łóżko, na którym leży przyszły (być może) gospodarz klasy pod nim połamane.
-Połamało się – mówi Mateusz i rozkłada bezradnie ręce – Trzeba będzie kupić nowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz