Wczoraj była pełnia księżyca. W nocy - jak wyjrzałam z ciekawości przez okno - widać było białe chmury na niebie kłębiaste, między nimi był księżyc cały, a pod nim gwiazda. Bardzo to był malowniczy i wzniosły widok. Wcześniej poszliśmy do kina. Nie tak od razu i nie bez rozważań typu: iść, czy nie iść, a może iść do domu, a może jednak do kina, a jeśli do kina, to do którego. W końcu jednak poszliśmy do kina na ulicy Chmielnej, gdzie grali film o psychiatrach i psychoanalitykach, a także o pacjentach i o tym, że nie do końca wiadomo czasem, kto jest pacjentem, a kto lekarzem.
Dla mnie był on głęboko przejmujący, z tym całym obnażaniem opętania cielesnością i seksem, uciekaniem przed tym, co jest wycięte w psychice jak matryca, zatarciem granic pomiędzy chorym a zdrowym i jeszcze do tego z kumulacją relacji pomiędzy osobami dramatu: kobietami a mężczyznami i odwrotnie. A Sabina Spielrein napisała o opowiedzianej w filmie historii tak: „Cztery i pół roku temu dr Jung został moim lekarzem, następnie przyjacielem, a na końcu poetą, czyli ukochanym. Wreszcie przyszedł do mnie i sprawy potoczyły się tak, jak na ogół dzieje się z poezją”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz