poniedziałek, 14 listopada 2011

Muzeum Starych Kapci

Chciałam cię zapytać, już bardzo dawno chciałam, ale się powstrzymywałam, po co ci te kapcie damskie?
- Jak to po co kapcie?
- Damskie kapcie…
- To takie kapcie, które sprawiłem koleżance, bo nie chciała chodzić boso, albo nie chciała chodzić w butach.
- Więc masz stare kapcie, które kupiłeś koleżance?
- Tak.

U mnie w pracy, w muzeum też jest trochę kapci, niektóre parami, a inne pojedynczo, niektóre ze skóry, a inne ze słomy. Wszystkie te kapcie mają status obiektów zabytkowych i swoje numery inwentarza. Leżą w specjalnych pudełkach na muzealnych regałach, otoczone stosownym szacunkiem, który sprawia, że nikomu nawet by do głowy nie przyszło, żeby je włożyć na nogi. Zresztą nawet gdyby ktoś wpadł na taki pomysł, to miałby z tym kłopot, bo wszystkie te kapcie mają małe rozmiary. Czy ci, co je nosili gdzieś tam w Egipcie, czy Nubii mieli takie małe stopy, czy też kapcie przez wieki się skurczyły – trudno powiedzieć. Jako obuwie są teraz w każdym razie całkiem bezużyteczne.  
Te muzealne kapcie przypominają mi jeszcze inną historię.

W 1994 roku prawdopodobnie, a na pewno w listopadzie – z moim kolegami: Krzysztofem i Marcelim pojechaliśmy do Kijowa, do naszego przyjaciela Romana. Ci dwaj – Roman i Marceli już zresztą nie żyją, co jest bardzo smutne i absurdalne zarazem, tak absurdalne, że nie chce się w to wierzyć.
To była długa podróż, pełna przesiadek, podmiejskich pociągów i prowincjonalnych stacji kolejowych. Pobyt w Kijowie był bardzo udany i prawdziwie magiczny. Wtedy trafiłam pierwszy raz do Ławry Pieczerskiej; odwiedziłam różne cerkwie i byłam też oczywiście w pieczarach. Korytarze były prawie puste, nie trzeba się było śpieszyć, można było spokojnie pochodzić i popatrzyć na wszystko. Wielkie wrażenie zrobiły wtedy na mnie małe komory z ikonostasami jak dla krasnoludków, ale przede wszystkim ciała mnichów pieczerskich poukładane w różnych miejscach, odziane w stroje pośmiertne, z zasłoniętymi twarzami, i dłońmi zasłoniętymi. Wszyscy oni byli malutcy, jakby dopasowani do tych krasnoludkowych kapliczek i ikonostasów. I zastanawiałam się wtedy (tak jak wiele razy potem i tak jak względem tych kapci, które  są ozdobą muzealnych kolekcji), czy ci mnisi kiedyś tacy byli niewielcy, czy też skurczyli się leżąc latami w swoich grobach. Ponieważ ich ciała były dokładnie odziane i osłonięte, aż po czubki głów, jedyne co tak naprawdę było widać to kostki i stopy owinięte jakimiś tkaninami i kapcie na ich biednych cieniutkich nóżkach. Bardzo strojne to były kapcie w różnych kolorach i z pomponami, że aż by się chciało ich dotknąć, gdyby nie to, że wcale ich się dotknąć nie chciało. Bo w takich rzeczach, które znajdują się już w krainie umarłych jest coś straszliwego, co powoduje, że po plecach chodzą ciarki, ręce się zaczynają trząść, a oczy same się przed nimi zamykają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz