niedziela, 29 kwietnia 2012

Mój 1 Maj

Jako dziecko bardzo lubiłam święto 1 Maja. Tego dnia zawsze chodziłam na pochód. Pamiętam, że stałam z rodzicami wzdłuż jego trasy, i kiedy rodzice widzieli, że nadchodzi moja ciocia (która należała do Partii, a męża miała w SB, więc obowiązkowo brała udział w oficjalnych przemarszach majowych) dzierżąc w dłoni papierowy kwiat, puszczali mnie do niej. I ja wtedy przemykałam chyżo między zastępami ludzi pracy, docierałam do cioci i mogłam już wtedy sama maszerować, może nawet z kwiatkiem, albo małą szturmówką (ale tego akurat nie pamiętam, więc nie będę zmyślać). Potem się szło oglądać stragany, coś się dostawało fajnego, na przykład jojo i do domu się szło, jadło rosół, a potem kotleta wraz z rodziną. Zawsze to tak wyglądało. Ale pewnego roku, mój tata musiał pójść 1 maja do pracy. Chyba padał deszcz i mama nie chciała iść sama ze mną na pochód. Było mi nieco smętnie, kiedy widziałam w telewizorze relacje z kolejnych radosnych uroczystości odbywających się w krajach demokracji ludowej. Smętnie, smutno i źle. Ale wreszcie wpadłam na pomysł, że w zaistniałych okolicznościach sama zorganizuję pochód w domu. Mieliśmy tam duży stół na środku pokoju, wokół którego można było się ganiać i bawić na różne sposoby. Tym razem jednak posłużył mi jako trybuna. Wzięłam jakiś kij do ręki (może to był kij szczotki, a może coś bardziej dostojnego udającego lepiej szturmówkę) i zaczęłam chodzić dokoła tego stołu śpiewając:
- Alleluja! Alleluja!
I wtedy do pokoju weszła mama i popatrzyła na mnie trochę dziwnie, ale nic nie powiedziała, więc maszerowałam sobie dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz