Jako dziecko bardzo lubiłam
święto 1 Maja. Tego dnia zawsze chodziłam na pochód. Pamiętam, że stałam z
rodzicami wzdłuż jego trasy, i kiedy rodzice widzieli, że nadchodzi moja ciocia
(która należała do Partii, a męża miała w SB, więc obowiązkowo brała udział w
oficjalnych przemarszach majowych) dzierżąc w dłoni papierowy kwiat, puszczali mnie do
niej. I ja wtedy przemykałam chyżo między zastępami ludzi pracy, docierałam
do cioci i mogłam już wtedy sama maszerować, może nawet z kwiatkiem, albo małą
szturmówką (ale tego akurat nie pamiętam, więc nie będę zmyślać). Potem się szło oglądać stragany, coś się dostawało fajnego, na przykład jojo i do domu się szło, jadło rosół, a potem kotleta wraz z rodziną. Zawsze to tak
wyglądało. Ale pewnego roku, mój tata musiał pójść 1 maja do pracy. Chyba padał
deszcz i mama nie chciała iść sama ze mną na pochód. Było mi nieco smętnie,
kiedy widziałam w telewizorze relacje z kolejnych radosnych uroczystości odbywających się w
krajach demokracji ludowej. Smętnie, smutno i źle. Ale wreszcie wpadłam na pomysł, że w zaistniałych
okolicznościach sama zorganizuję pochód w domu. Mieliśmy tam duży stół na środku
pokoju, wokół którego można było się ganiać i bawić na różne sposoby. Tym razem
jednak posłużył mi jako trybuna. Wzięłam jakiś kij do ręki (może to był kij
szczotki, a może coś bardziej dostojnego udającego lepiej szturmówkę) i zaczęłam chodzić dokoła tego stołu śpiewając:
- Alleluja! Alleluja!
I wtedy do pokoju weszła mama i
popatrzyła na mnie trochę dziwnie, ale nic nie powiedziała, więc maszerowałam
sobie dalej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz