W poniedziałkowe święto po wielkiej sikawkowej bitwie porannej, jako że słońce zaświeciło, udaliśmy się do Lasku Bielańskiego. A tam pieśni, trąby i mazurki, narcyzy, osioł, owca i kot. Można było posłuchać śpiewu i grania, a także potańczyć, jak ktoś chciał. Piotr jednak nie chciał tańczyć, a Mateusz owszem, ale szybko zmienił zdanie.
Pod kamedulskim kościołem można było nabyć obwarzanki i końską maść, a w samym kościele zobaczyć sobie duży i może nadmiernie kolorowy obraz pt. Smoleńsk. Więc kupiliśmy obwarzanki, nie zdecydowaliśmy się na maść (gdyż nie wiedzieliśmy, czemu jej użycie miałoby służyć) i trochę popatrzeliśmy na obraz, ale głowy nas rozbolały, więc daliśmy spokój. Potem pochodziliśmy po leśnych alejkach, w jedną i w drugą stronę, nie rozmawiając ani o obrazie, ani specjalnie o awariach samolotowych. Po powrocie do domu obejrzeliśmy trzecią część Gwiezdnych wojen, i (gdy Mateusz poszedł spać) Zmierzch.
Może jak na moją biedną głowę za dużo było tego dnia efektów specjalnych i działania sił nadprzyrodzonych, bo w nocy (a może właściwie nad ranem dnia następnego) przytrafił mi się taki sen: Stoję sobie na najwyższym piętrze jakiegoś wieżowca, na balkonie i wyglądam, i patrzę na stare, ceglane kamienice, jakby przez nie przeszły ze dwie światowe wojny, z balkonami ledwo co się trzymającymi elewacji, ale pełnymi różnych gratów oraz roślin w różnych fazach wegetacji. I stoję tak i stoję, i kolejne balkony oglądam, a potem wszystko zaczyna się chwiać i trzeszczeć, sypać i rozpadać. Ale mimo rozpadania się stoi i trwa, chwiejąc się dalej. Dosyć to stanie było męczące, a i niebezpieczne nieco, ale jakoś wytrwałam w tych ruinach, aż do samego przebudzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz