niedziela, 1 kwietnia 2012

Prima aprilis

W sobotę z Piotrem obejrzeliśmy w kinie Igrzyska śmierci, a w niedzielę – korzystając z tego, że niektórzy z nas poczuli się chorzy – już w domu zobaczyliśmy (ze względu na osobę głównej aktorki z tego filmu, Jennifer Lawrence) podobny w pewnym sensie film Do szpiku kości, choć ten w odróżnieniu od Igrzysk miał nawet pozytywne zakończenie. Za oknem padał śnieg, a potem świeciło słońce, jak to bywa 1 kwietnia. Królik trochę osowiały, z pewnością z tęsknoty za Mateuszem, kręcił się po domu, a my – na pół chorzy tak samo.
Aż do godziny 21.40 nikt nawet nie próbował mnie oszukać i ja nikogo oszukać nie próbowałam. Ale wtedy właśnie zadzwoniłam do Mateusza, który o 18.28 miał wyjechać ze swoim ojcem pociągiem z Poznania (który to wyjazd zresztą trochę mnie wcześniej kosztował zdenerwowania różnymi jego okolicznościami). O tej 21.40 zapytałam go więc:
- Gdzie jesteś synku?
- W Poznaniu - synek na to.
Mnie serce zamarło i stanęło w miejscu i wszelkie możliwe straszności stanęły mi przed oczami, a wtedy Mateusz zahihotał:
- Prima aprilis! Prima aprilis! Oszukałem cię, ha ha

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz