poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Woda i ogień

Cały dzień padał deszcz, od samego rana padał i trudno było mi wstać, a potem pociąg nie chciał przybyć na stację, a kiedy w końcu zawitał, to nie chciał jechać ani do przodu, ani do tyłu, i ludzie się przepychali i kłócili, i potem ciągle padał deszcz, od ranka do południa, od południa do wieczora itd.   

I nawet mnie nie zdziwiło, że już z rana otrzymałam kilka niezbyt uprzejmych telefonów i listów. Jeden z nich – od profesora Z., choć zaczynał się całkiem obiecująco, bo w nagłówku napisane miał „Szanowna Koleżanko Doktor”, dał mi do zrozumienia, że nie jest najlepiej z moimi możliwościami intelektualnymi. Ponieważ sama mam co do tego spore wątpliwości, zaczęłam martwić się na zapas wizją degeneracji mojego umysłu, na wzór na przykład Margaret Thatcher, o której smutnym losie film zobaczyłam wczoraj.

Ale moje nazbyt posępne rozmyślania przerwał telefon. To dzwonił pewien pan z miejscowości o nazwie Puzio, czy też Dudko. Odkrył on, że dawno dawno temu obraz Matki Boskiej Częstochowskiej był tryptykiem. Co więcej pan ten w okolicach Placu Bankowego odnalazł już jedno skrzydło tego tryptyku i domaga się ode mnie (jako specjalistki w dziedzinie tego rodzaju poszukiwań, co wyjawił mi bez ogródek), abym znalazła skrzydło drugie. Odkrywca ten podejrzewa, że zaginione skrzydło może się znajdować na terenie Warszawy. Mówi też, że nawet jeśli sama go nie znajdę, to mam z pewnością sporo znajomości i te znajomości jakoś mi pomogą w poszukiwaniach. Oczekuje ode mnie także, że powiadomię o jego badaniach nad jasnogórskim obrazem stosowne władze kościelne. Wcześniej już zresztą napisał do mnie list w tej sprawie, wyraził więc nadzieję, że nie wyrzucę tego listu, ale przeciwnie, że będę go pieczołowicie przechowywać jako ważne świadectwo badań nad obrazem jasnogórskim. Ponadto, w związku ze swoim odkryciem spodziewa się otrzymać od najwyższych władz państwowych wysoką nagrodę pieniężną. Ma więc nadzieję, że wspomnę prezydentowi RP o jego sprawie. Na koniec obiecał mi, że zadzwoni za dwa tygodnie, tak żebym miała czas na odnalezienie pozostałej części tryptyku i wykonanie telefonów do księdza biskupa i pana prezydenta


Zbudowana tą wizją wracałam do domu, a kiedy odebrałam już dziecko ze szkoły i szliśmy sobie wśród ulewy, po kałużach, zapytałam niewinnie „Co tam w szkole?”

- Mieliśmy dziś pożar – usłyszałam.

- Pożar? – spytałam w osłupieniu wpadając po kostki w kałużę.

- Pożar – potwierdził mój syn i spojrzał na mnie mądrze znad okularów – spaliła się cała klasa.

- Jak to? – trudno mi było w to uwierzyć.

- Naprawdę, nie zmyślam – powiedział poważanie – wszystko się spaliło. Cała klasa, tablica i ławki, a nawet nasze prace. Nic nie zostało. Przyjechała straż pożarna i konieczna była ewakuacja. Ewakuowano wszystkie dzieci, a nawet naszą panią.

- Acha – powiedziałam – no dobrze, to może kupimy sobie chałkę.

- Dobra, chodźmy do sklepu – zgodził się pogodnie mój syn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz