Czarnowidztwo jest, jak sądzę, jedną z bardziej uciążliwych ludzkich przywar. Może nawet najbardziej uciążliwą. Na przykład przychodzimy do pracy i B., którą bardzo lubię mówi:
- O! teraz to już na pewno nas wszystkich zwolnią – i kiwa głową, dodając – pewnie zaczną od ciebie.
I bardzo możliwe, że tak. Bardzo prawdopodobne, ale czy jest przyjemnie zostać o tym uświadomionym w poniedziałek o 8 rano? Wiadomo, że nie.
Albo mój tato, co by się nie działo, to się spodziewa najgorszego rozwiązania:
- Nie uda się, na pewno się nie uda – wzdycha głęboko i tak mówi. Coś strasznego.
I ja też to mam. Robię świąteczny mazurek, piekę, oblewam czekoladą, jedną i drugą, okładam orzechami i jakoś wszystko mi się udaję, a nawet jak nie, to zawsze się daje naprostować. Robię różne rzeczy i zasadniczo one mi się udają. Ale i tak w biednej głowie ciągle tam się plączą różne strachy
Jak dzwoni telefon i się na nim wyświetla jakiś obcy numer, aż mi skóra cierpnie z przerażenia, co to może być. O awizo w skrzynce już nawet nie wspomnę. Na sam jego widok odbiera mi mowę, a kiedy stoję z tym papierkiem na poczcie w długiej kolejce, nogi się uginają pode mną. I wciąż myślę że to wszystko zmierza ku katastrofie, że wojny na świecie, a w Polsce, że zamęt. Że książki o relikwiach już nie dokończę, z pracy mnie oczywiście – jak mówi B. – w końcu zwolnią, że na pociąg na pewno się spóźnię, że książki do BUWu zapomnę znów oddać w terminie. Że moje życie uczuciowe w końcu legnie w gruzach. Że sąd każe, żeby Mateusz się ode mnie wyprowadził, a ja wtedy ze smutku umrę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz