Łacinnicki Wielki Czwartek okazał się dniem realizacji różnych prawie zapomnianych pomysłów, ale - że o tym zaraz po wyjściu z muzeum nie wiedziałam - udałam się do sklepu dla zwierząt i potem wszędzie, Piotr i ja, chodziliśmy z workami króliczego jedzenia.
Na Placu Trzech Krzyży poszliśmy więc do wielkiej sieciowej kawiarni, żeby zobaczyć historyczne malowidła ścienne tamże uczynione. W tym starym „Lajkoniku” (jeśli tak się on nazywał, co do czego pewności nie mam) byłam może raz w życiu w środkowych latach dziewięćdziesiątych i pamiętam stamtąd dość dziwną atmosferę, której sieciowa kawiarnia nie posiada, chociaż dało się tam zobaczyć kilku jakby bywalców poprzedniego lokalu. Same malowidła, co tu dużo gadać, zadowolą niejednego miłośnika wysublimowanych pod względem ikonograficznym polichromii. Potem po okolicy chodziliśmy, dziwiąc się temu i owemu, aż wreszcie powzięliśmy zamiar, aby obejrzeć sztukę teatralną o Jurusiu, pod tytułem: Pod mocnym aniołem. Sporo czasu zajęło nam zastanawianie się, co się stało z egzemplarzami książki Pilcha, które kiedyś posiadaliśmy, wreszcie doszliśmy do wniosku, że może to był jeden egzemplarz i może jest on w jakimś tapczanie schowany. Ale czy tak rzeczywiście, to czas pokaże, albo nie: może więc się one znajdą, choć równie prawdopodobne jest, że nie.
Sztuka, i trudno, żeby było inaczej, dotyczyła picia, o piciu ona była i piciem była podszyta. Jak dla mnie to ona nawet, podobnie jak dzieło Pilcha, pochwałę picia stanowiła. Bo te złote słowa, rącze myśli takie (można rzec by, że lajkonikowe), niby wcale nie pochwalne, ale jednak w sumie tak:
Czemu ty pijesz?
„Piję, bo piję.
Piję, bo lubię.
Piję, bo się boję.
Piję, bo jestem obciążony genetycznie. Wszyscy moi przodkowie pili.
Piję, bo mam słaby charakter. Piję, bo coś mi się przestawiło w głowie.
Piję, bo daremnie szukam miłości i piję, kiedy jestem szczęśliwie zakochany”.
I tak dalej, bo tyle może wystarczy. Opary alkoholu rozsnuwały się więc ponad sceną i między rzędami siedzeń; mocni aniołowie tam byli, a także diabły, jeszcze mocniejsze i nawet sam Pan Bóg w złotym dresie, choć ja nie jestem pewna, czy dres ten był dość złoty, ale na pewno niebo rozgwieżdżone było, świecące gwiazdami dla pełnych uniesienia pijaków, czy jak kto woli – deliryków. Mam jeszcze pewne bardzo ciekawe przemyślenia o miłości w tych delirycznych oparach, ale na razie pozostawię je, jako robocze, mojemu własnemu dziennikowi uczuć. Bo zanim zdołałam się z tymi przemyśleniami prawdziwie zmierzyć, to już szybko powróciliśmy do domu pełnego powiędniętych roślin doniczkowych oraz ponadgryzanych kabli, i wszystko zyskało znowu nowy, ale może właśnie stary, wymiar.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz