Tegoroczny 1 Maj minął nam na
chodzeniu po Warszawie, z zachodu na wschód, z południa na północ, a potem na
odwrót. Wszędzie było słonecznie, drzewiaście i kwieciście. Lud pracujący licznie
opalał się tu i tam na kocach porozkładanych wśród trawników, stawał w kolejce
po lody i spacerował. Tak też i my chodziliśmy w pełnym słońcu i narastającym
upale, aż wreszcie pod koniec tego dnia doszliśmy do parku pod słynnymi
schodami jak z Pancernika Potiomkina, gdzie
dla ludu zorganizowano festyn. Muzyka tam grała, kiełbasy sprzedawano oraz
balony i watę cukrową. Ale ludu prawie tam nie było, pomijając trzy pijane pary
pląsające w rytm dźwięków płynących ze sceny i kilka innych przechadzających się
chwiejnym krokiem między straganami. Tak to wyglądało. I łzy się nam w oczach
kręciły, że nie tak jest jak kiedyś było. Ale inaczej, całkiem różnie, czyli
ściśle rzecz ujmując, że całkiem jest upadle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz