W ramach samopomocy koleżeńskiej G. i M. zabrali mnie do teatru. Ale najpierw przybyłyśmy do teatru G. oraz ja, a potem pojawił się M. I kiedy szłyśmy ulicą Mazowiecką, po bardzo śliskim chodniku, napotkałyśmy na drodze grupę z jakimiś flagami i hasłami wznoszonymi o charakterze, nazwijmy to, patriotycznym. Bardzo ponuro to wyglądało i apokaliptycznie, szkoda gadać.
- A patrz – mówię do G. – kobiet jakby nie ma.
- Są są – ona na to. I rzeczywiście były.
Na szczęście w teatrze było już przyjemniej. Dla mnie wielką atrakcją okazał się pan Gajos w charakterze widza teatralnego, żałowałam tylko, że nie trafiło mi się miejsce obok niego. Ale było także parę pomniejszych przedspektaklowych ciekawostek. Potem jednak znowu szczególnie wesoło nie było. Bo jak być mogło, skoro ta cała Sprawa Jarockiego to sztuka o naszym nieszczęsnym kraju, jego nieszczęsnej historii i różnych innych nieszczęsnościach? Tak to właśnie wyglądało, chwilami było i śmiesznie, ale wtedy też równocześnie strasznie. A jak wracałam do domu, to wszędzie pełno było przewracających się z przepicia, tłukących się i rzucających mięsem obywateli. Aż się zaczęłam zastanawiać, o co w tym wszystkim chodzi. I myślałam myślałam, aż wreszcie wpadłam na to, że oni wszyscy świętują koniec karnawału.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz