Na stołówce szkolnej zobaczyłam dziś Mateusza nad zupą zacierkową, a następnie nad kotletem rybnym w najlepszej komitywie z chłopcem o imieniu Kamil. Ale podczas gdy mój syn kończył swoją rybę, Kamil przybiegł do mnie i zapytał, czy może do Mateusza przyjść (albo przyjechać na rowerze) w niedzielę, a kiedy wyraziłam stosowny do okoliczności entuzjazm, wziął ode mnie numer telefonu i dał mi telefon do swojej mamy. Wracając więc do domu, zapytałam Mateusza o Kamila.
- Bo, wiesz, mamo – zaczął mi tłumaczyć – Kiedyś przyjaźniłem się z Kacprem, od samej pierwszej klasy.
- No tak, oczywiście – mówię.
- A teraz mam nowego przyjaciela, już nie Kacpra – wzdycha Mateusz.
- Jak to? – pytam.
- No właśnie – kontynuuje Mateusz – przyjaźniłem się z Kacprem, a teraz tak polubiłem Kamila, że on jest moim najlepszym przyjacielem.
- Tak to w życiu bywa – staram się powiedzieć tonem pokrzepiającym – z przyjaźnią, a i z miłością.
- I właśnie mi się to przytrafiło – mówi Mateusz. – A Kamila tak lubię, że nie wiem. Tak się polubiliśmy, że aż dzisiaj się pocałowaliśmy…
- Pocałowaliście się? – pytam.
- No tak, nie wiesz, że przyjaciele się czasem całują? – powiada z wyraźną wyższością.
Kupujemy seler i marchewkę dla królika i idziemy do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz