Wczoraj był Dzień walki z depresją, ale także, jak się okazało, Dzień biletu do kina. Deszcz padał, ale potem przestał.
Pojechaliśmy z Piotrem aż na Sadybę, żeby zobaczyć Artystę. A tam przed wejściem do kina zaczepił nas bardzo zdenerwowany młody mężczyzna, który okazał się być konikiem handlującym biletami z nieznanego źródła. I mimo że zachęcał nas, mówiąc: „To murowany kandydat do Oscara”, to trochę się obawialiśmy brać od niego te bilety. Ale wreszcie doszliśmy do wniosku, że jeśli nas z nimi nie wpuszczą do środka, albo nawet zapuszkują, gdy bilety okażą się np. podrabiane, to będzie to piękny temat opowieści na kolejne kilka lat, więc podjęliśmy to ryzyko. I potem, kiedy już film (grany w niemal pustej sali) się skończył, pomyśleliśmy, że warto coś zrobić z tak pięknym i wietrznym wieczorem przedwiosennym. Pojechaliśmy więc na Muranów, gdzie miał się odbyć jedyny w Dniu walki z depresją pokaz filmu Wstyd. Kiedy weszliśmy do tego z kolei kina zobaczyliśmy kolejkę, i to do tego z ogonkiem. Mnie się stać nie chciało, bo mam z dzieciństwa uraz do kolejek, ale Piotr (w którego dzieciństwie może tyle kolejek nie było) mnie przekonał i stanęliśmy. A była to kolejka do biletów, które ktoś zarezerwował, ale nie wykupił w odpowiednim momencie. I stały w tej kolejce głównie dziewczyny, w 50% w kaloszach, w wieku studenckim, co nas skłoniło do pewnych refleksji, zwłaszcza, że w międzyczasie podchodziło do kasy paru takich, co wcześniej bilety zarezerwowali. I to byli zasadniczo mężczyźni, w tzw. średnim wieku i w okularach. Postaliśmy tak ze 20 minut, ale cierpliwość nasza została nagrodzona wreszcie i szczęśliwie jakoś dostaliśmy te bilety, a potem zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie (co już drugi raz ostatnio się nam zdarzyło, bo przez natłok chętnych w ten sam sposób oglądaliśmy Dziewczynę z tatuażem).
Mimo różnych przeciwności losu, to był bardzo dobry dzień pod względem artystycznym i pomysł, żeby oglądać Artystę oraz Wstyd – jeden po drugim okazał się bardzo trafiony, choć bardzo oba różniły się od siebie. Może jednak chodziło o to, że zarówno jeden, jak i drugi pokazywały upadek, jak człowiek traci różne rzeczy, albo jak coraz bardziej się oddala od jasnej strony samego siebie. Były więc tam kolejne kręgi piekielne i zstępowanie w nie, a może raczej zapadanie się. Ale w przypadku pierwszego filmu, tego „murowanego kandydata do Oscara” na końcu się objawiła miłość ratująca, wyzwalająca i wybawiająca, i żadne straty – jak to w hollywoodzkim filmie – nie okazały się być nieodwracalne i nie do odrobienia. Wstyd, bez szans zresztą na Oscary, jak to z ponowoczesnymi filmami (a i w życiu niestety) bywa obył się bez szczęśliwego zakończenia i ostatnie jego sceny nic dobrego nie zapowiadały, chociaż główny bohater gdzieś tam skonfrontował się już z sobą samym i trochę zobaczył, że nie jest z nim najlepiej. I chociaż w międzyczasie wyrzucił na śmieci stosy pornograficznych gazet i filmów, a nawet komputer, to jednak nie wyglądało na to, żeby w kolejnych dniach zamierzał przystąpić do grypy Anonimowych Seksoholików. Piotr powiedział mi potem, że bohater filmu i jego siostra mają ten sam rodzaj uzależnienia, on – od seksu, ona – od złej miłości, i że obydwoje widzą to u drugiego nawzajem, lecz nie u samych siebie. To wydało mi się bardzo ciekawe, bo sama – szczerze mówiąc – zobaczyłam głównie jego uzależnienie i jego upadek, a o niej raczej – w trakcie filmu – myślałam, że to po prostu nieszczęśliwa dziewczyna, której się w życiu nie układa. Choć to wcale nie tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz