I tak odbyła się wielka inicjacja Mateusza w zaczarowany świat kinematografu dla dużych. Po odbyciu wycieczki na drugą stronę rzeki Wisły, gdzie zapoznaliśmy się i zaprzyjaźnili z królikiem Henrykiem, poszliśmy na Hugo i jego wynalazek Martina Scorsese’a. I stało się, że Mateusz po raz pierwszy w życiu obejrzał w kinie film w oryginalnej wersji językowej i z napisami. A nie dość, że poradził sobie całkiem nieźle z ich czytaniem, to jeszcze momentami czytał na głos, więc ja już właściwie nie musiałam tego robić na własny użytek. W dodatku jakoś tak się stało, że trafiliśmy do kina dość późno, a wyszliśmy z niego po 21. Mateusz miał pewne obawy, że zaśnie podczas seansu (bo, żeby dobrze rosnąć, zwykle udaje się na spoczynek już około 20), ale do tego szczęśliwie nie doszło; trudno zresztą byłoby chyba zasnąć w czasie tej prawdziwie magicznej opowieści o tym, czym jest kino. Największy entuzjazm, głośny śmiech i radość Mateusza, co ciekawe, wzbudziły nawet nie występy geniusza kunsztu aktorskiego, którym jest (jak sądzę) Sacha Baron Cohen, ale fragmenty starych filmów – braci Lumière oraz Georgesa Mélièsa. I nie ma się co dziwić, że publiczność w kinie przy Alejach Jerozolimskich wieczorową porą zakończyła ten seans oklaskami, bo naprawdę był tego wart. Bierzcie, powiadam, własne i znajome dzieci, i prowadźcie je do kina na film Scorsese’a. Namawiajcie nauczycielki, żeby zorganizowały dla waszych i nie waszych dzieci wycieczki na ten film. No i sami zobaczcie koniecznie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz