Śnieżyce, zawieje i zaspy. A ja nadrabiam zaległości, ale co już nadrobię, to przypominam sobie o następnych. Więc przechodzę od jednych do drugich. Ledwo jedne skończę, już mi się robią kolejne. Wieczorem kładę dziecko do łóżka, odczytuję rytualnie rozdział Dzieci z Bullerbyn, odbywam z nim krótką pogawędkę. A potem zabieram się do pracy. Tylko na co tu się zdecydować: pisać, czy czytać, a może redagować? A tutaj:
- Mamo mamo, wody! Pić! Zaraz umrę z pragnienia! – Wzdycham w głębi ducha, ale idę po szklankę wody, podaję spragnionemu. Wracam do pracy.
- Mamo, poproszę Baśnie polskie. Będę czytał mojemu ukochanemu Michałowi! – Niech będzie, przecież zachęcam dziecko do lektury. Zostawiam swoje pisanie i idę szukać odpowiedniej książki, a potem znowu próbuję coś robić.
- O nie! Michał! Mamo mamo! On mi nasikał! – Wzdycham na głos i czuję, jak narasta we mnie niepokój, ale zostawiam te wszystkie pisania i redagowania. Ściągam zasikane przez francuskiego królika prześcieradło, ścielę od nowa. Michał ląduje w klatce („Tym razem ci wybaczam – mówi do niego Mateusz – ale to już naprawdę ostatni raz!”), a ja siadam znów przy komputerze.
- Och! Nie mogę! Jaki ja jestem głodny! Mamo daj mi chałkę! Proszę proszę! – Trochę krew mnie zalewa, ale myślę sobie: „Nie będę głodnego dziecka trzymać przecież w łóżku. Jeszcze nie urośnie...”. Idę do kuchni, kroję chałkę, zanoszę głodnemu. Wracam do biurka, ale taka już jestem zmęczona tym chodzeniem z miejsca na miejsce, szukanie i noszeniem różnych rzeczy, że aż mi się same oczy zamykają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz