Trafiłam wczoraj na koncert Hey. Nie było to całkiem
przypadkowe, ale coś tam z przypadku w sobie miało. Bo najpierw parę dobrych
godzin chodziłam po mieście tu i tam, z T. i jej różowym rowerem. Odwiedziłyśmy
Powiśle, gdzie wcześniej jakoś nigdy chyba nie byłam i Tel-Aviv, gdzie byłam
raz, Pocztę Główną, gdzie byłam ze sto razy itd. A w końcu dotarłyśmy na Agrykolę.
Przed kłębiącym się i częściowo trzeźwym tłumem studentów i nie-studentów występował
tam jakiś zespół. Być może był to Happysad, a być może nie. Wreszcie godzinę
przed północą wystąpił Hey, i bardzo to było urodziwe i poruszające i fajne,
choć nie do końca rozumiałam, czemu tłum reagował dzikim entuzjazmem w pewnych
miejscach, a w innych nie. Ale nie o tym myślałam potem, tylko raczej o tym, czemu Kasia
Nosowska tak uporczywie wspomina Szczecin i, że to co zupełnie innego być ze Szczecina,
niż z Warszawy. Pewnie chodzi o tę odległość, przez którą ten Szczecin jest
jakiś oderwany od reszty. Z centrum Polski jedzie się długo i najpierw są
miasta, wsie, ludzkie siedliska, a potem to już tylko lasy i puszcze, a potem
dopiero Szczecin. A za Szczecinem kiedyś była granica, której raczej się nie
przekraczało. I jeszcze w latach dziewięćdziesiątych to był prawdziwy koniec
świata, z którego tak naprawdę można było pojechać tylko w jedną stronę. I jak
już się pojechało, to trudno było wrócić. I może chodzi o to, że będąc tak daleko
na zachodzie, jest też równocześnie na wschodzie, albo nie wiadomo gdzie. Więc
ze Szczecina to jest jakby z końca świata, który jest nigdzie. I jak to jest być kimś z końca świata, który nie wiadomo, w której jego stronie jest położony. No jak?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz