sobota, 26 maja 2012

Odra, port, dźwigozaurów rząd

Trafiłam wczoraj na koncert Hey. Nie było to całkiem przypadkowe, ale coś tam z przypadku w sobie miało. Bo najpierw parę dobrych godzin chodziłam po mieście tu i tam, z T. i jej różowym rowerem. Odwiedziłyśmy Powiśle, gdzie wcześniej jakoś nigdy chyba nie byłam i Tel-Aviv, gdzie byłam raz, Pocztę Główną, gdzie byłam ze sto razy itd. A w końcu dotarłyśmy na Agrykolę. Przed kłębiącym się i częściowo trzeźwym tłumem studentów i nie-studentów występował tam jakiś zespół. Być może był to Happysad, a być może nie. Wreszcie godzinę przed północą wystąpił Hey, i bardzo to było urodziwe i poruszające i fajne, choć nie do końca rozumiałam, czemu tłum reagował dzikim entuzjazmem w pewnych miejscach, a w innych nie. Ale nie o tym myślałam potem, tylko raczej o tym, czemu Kasia Nosowska tak uporczywie wspomina  Szczecin i, że to co zupełnie innego być ze Szczecina, niż z Warszawy. Pewnie chodzi o tę odległość, przez którą ten Szczecin jest jakiś oderwany od reszty. Z centrum Polski jedzie się długo i najpierw są miasta, wsie, ludzkie siedliska, a potem to już tylko lasy i puszcze, a potem dopiero Szczecin. A za Szczecinem kiedyś była granica, której raczej się nie przekraczało. I jeszcze w latach dziewięćdziesiątych to był prawdziwy koniec świata, z którego tak naprawdę można było pojechać tylko w jedną stronę. I jak już się pojechało, to trudno było wrócić. I może chodzi o to, że będąc tak daleko na zachodzie, jest też równocześnie na wschodzie, albo nie wiadomo gdzie. Więc ze Szczecina to jest jakby z końca świata, który jest nigdzie. I jak to jest być kimś z końca świata, który nie wiadomo, w której jego stronie jest położony. No jak?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz