Początek tzw. długiego weekendu minął mi przyjemnie i szybko,
podobnie jak jego końcówka, w której zainaugurowaliśmy sezon rowerowy i parę
innych sezonów, a wśród nich sezon na fontanny, sezon na wiślane promy, parki linowe i
wreszcie sezon basenowy. Słabiej już było w niedzielę, bo w oczekiwaniu na
kolejną rozprawę rozwodową nieco się denerwowałam, w nocy poprzedzającej to wydarzenie
sny miałam dziwne i niepokojące, a na domiar złego zrobiło się zimno i
deszczowo. Zdaje się, że pośród domowników jedynie królik nic sobie nie robił z narastającego
napięcia. W poniedziałkowy ranek zaprowadziłam Mateusza do szkoły i pojechałam
do sądu. Czekania było niewiele w tym sądzie, ale jak już NN, jego świadkowie i
ja także wkroczyliśmy do sali rozpraw okazało się, że jedno z nas zna się z
jednym z ławników i żadnej sprawy nie będzie, bo być w tej sytuacji nie może.
Dopiero w sierpniu, albo we wrześniu. NN i ja nadspodziewanie zgodnie
wykazaliśmy chęć rozwodzenia się w sierpniu, ale jego świadkowie już mniejszą,
w związku z czym Wysoki Sąd odesłał nas na wrzesień. A deszcz wcale nie
przestał padać, tylko wręcz przeciwnie. I padał, kiedy wracałam do domu mokrym autobusem myśląc o tym, że wiele wskazuje na to, że wszystko będzie
trwać przez kolejne miesiące, albo może nawet trwać będzie w jakąś nieskończoność, nie wiadomo po
co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz