poniedziałek, 7 maja 2012

Niefortunna wizyta w sądzie


Początek tzw. długiego weekendu minął mi przyjemnie i szybko, podobnie jak jego końcówka, w której zainaugurowaliśmy sezon rowerowy i parę innych sezonów, a wśród nich sezon na fontanny, sezon na wiślane promy, parki linowe i wreszcie sezon basenowy. Słabiej już było w niedzielę, bo w oczekiwaniu na kolejną rozprawę rozwodową nieco się denerwowałam, w nocy poprzedzającej to wydarzenie sny miałam dziwne i niepokojące, a na domiar złego zrobiło się zimno i deszczowo. Zdaje się, że pośród domowników jedynie królik nic sobie nie robił z narastającego napięcia. W poniedziałkowy ranek zaprowadziłam Mateusza do szkoły i pojechałam do sądu. Czekania było niewiele w tym sądzie, ale jak już NN, jego świadkowie i ja także wkroczyliśmy do sali rozpraw okazało się, że jedno z nas zna się z jednym z ławników i żadnej sprawy nie będzie, bo być w tej sytuacji nie może. Dopiero w sierpniu, albo we wrześniu. NN i ja nadspodziewanie zgodnie wykazaliśmy chęć rozwodzenia się w sierpniu, ale jego świadkowie już mniejszą, w związku z czym Wysoki Sąd odesłał nas na wrzesień. A deszcz wcale nie przestał padać, tylko wręcz przeciwnie. I padał, kiedy wracałam do domu mokrym autobusem  myśląc o tym, że wiele wskazuje na to, że wszystko będzie trwać przez kolejne miesiące, albo może nawet trwać będzie w jakąś nieskończoność, nie wiadomo po co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz