Nie robię tego bardzo często, ale kierowana impulsem,
kupiłam jedną z tych książek, którą reklamują na bilbordach – powieść Sarah
Winman, która nazywa się Kiedy Bóg był
królikiem. Kupiłam ją z różnych powodów, do których można zaliczyć umieszczony
na okładce rysunek przedstawiający królika jadącego na rowerze, który jest
pchany przez dziewczynkę. A jest to książka nie tyle o dziewczynce i króliku,
co o mitologizacji dzieciństwa, więc dla mnie to ciekawe, bo sama mam własne dzieciństwo przesadnie
zmitologizowane. Nadaje się to wszystko na tę wyjątkowo ponurą połowę maja, w której
wciąż pada deszcz, zimno jest i dzieją się rzeczy smutne i złe. Więc trochę z
powodu tej książki, a trochę przez te rzeczy smutne i złe przypomniało mi się,
jak miałam 5 albo 6 lat i zdarzyło się, że moja kuzynka, Kasia, która była
starsza ode mnie o rok wpadła pod samochód. Bawiła się na podwórku, wbiegła na
ulicę i ktoś ją przejechał, a Kasia umarła. Podobno bardzo wtedy płakałam, bo
bardzo się lubiłyśmy i często bawiłyśmy się ze sobą. Ale dziś niewiele z tego
pamiętam, poza jednym zdarzeniem: Jest zima, a może późna jesień, czy wczesna wiosna. Leżymy z Kasią pod pierzyną w domu naszej
prababci. Babcie zawsze tak miały, że nas kładły pod pierzynami. Jak na
dworze było zimno, to babcie miały taki sposób, że wkładały pod pierzynę
żelazko. A kiedy zrobiło się pod pierzyną ciepło, wyciągały je i wkładały
dzieci, i dzieci sobie tak pod pierzyną leżały. Więc Kasia i ja też. Leżymy
sobie w łóżku pod pierzyną i o czymś gadamy. Babcie w pokoju obok, albo może w
kuchni siedzą i też gadają. Ale nagle Kasia mnie szczypie, a ja w bek i wołam: „Babciu
babciu, Kasia mnie szczypie! Kasia, ty jesteś szczypawka!”, a Kasia na to: „To
ty jesteś beksa!”. No i tyle z Kasi pamiętam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz