środa, 16 maja 2012

Kiedy Bóg był…

Nie robię tego bardzo często, ale kierowana impulsem, kupiłam jedną z tych książek, którą reklamują na bilbordach – powieść Sarah Winman, która nazywa się Kiedy Bóg był królikiem. Kupiłam ją z różnych powodów, do których można zaliczyć umieszczony na okładce rysunek przedstawiający królika jadącego na rowerze, który jest pchany przez dziewczynkę. A jest to książka nie tyle o dziewczynce i króliku, co o mitologizacji dzieciństwa, więc dla mnie  to ciekawe, bo sama mam własne dzieciństwo przesadnie zmitologizowane. Nadaje się to wszystko na tę wyjątkowo ponurą połowę maja, w której wciąż pada deszcz, zimno jest i dzieją się rzeczy smutne i złe. Więc trochę z powodu tej książki, a trochę przez te rzeczy smutne i złe przypomniało mi się, jak miałam 5 albo 6 lat i zdarzyło się, że moja kuzynka, Kasia, która była starsza ode mnie o rok wpadła pod samochód. Bawiła się na podwórku, wbiegła na ulicę i ktoś ją przejechał, a Kasia umarła. Podobno bardzo wtedy płakałam, bo bardzo się lubiłyśmy i często bawiłyśmy się ze sobą. Ale dziś niewiele z tego pamiętam, poza jednym zdarzeniem: Jest zima, a może późna jesień, czy wczesna wiosna. Leżymy z Kasią pod pierzyną w domu naszej prababci. Babcie zawsze tak miały, że nas kładły pod pierzynami. Jak na dworze było zimno, to babcie miały taki sposób, że wkładały pod pierzynę żelazko. A kiedy zrobiło się pod pierzyną ciepło, wyciągały je i wkładały dzieci, i dzieci sobie tak pod pierzyną leżały. Więc Kasia i ja też. Leżymy sobie w łóżku pod pierzyną i o czymś gadamy. Babcie w pokoju obok, albo może w kuchni siedzą i też gadają. Ale nagle Kasia mnie szczypie, a ja w bek i wołam: „Babciu babciu, Kasia mnie szczypie! Kasia, ty jesteś szczypawka!”, a Kasia na to: „To ty jesteś beksa!”. No i tyle z Kasi pamiętam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz