niedziela, 27 maja 2012

Matka królika (2)


Sobotę i niedzielę Mateusz spędził u NNa. Piotr poszedł do pracy (swoją drogą – co za pomysł, żeby pracować w sobotę?), a ja zostałam z głębokim postanowieniem sprzątania, za jedyne towarzystwo mając pląsającego wokół mnie i bardzo zalotnego królika. Taki to miałam dzień matki. Sprzątałam i sprzątałam, królik kręcił się koło mnie jak fryga, a po mojej biednej głowie snuły się myśli mniej lub bardziej ponure na temat roli kobiet na tym świecie. Do czego są one potrzebne sobie samym, mężczyznom oraz swoim ewentualnym dzieciom. Jak się stają matkami, jak dzieci są ich częścią, a potem odchodzą i znikają za zakrętem itd. A przy okazji, krótko rzecz ujmując, było mi przykro, że Mateusz do mnie nie dzwoni z okazji tego dnia. Rozumiejąc, że pewnie zapomniał, a może nie ma jak, a w końcu tracąc nadzieję, że się odezwie. Aż w końcu około godziny 21, gdy z Piotrem szliśmy koło pięknego kościoła Sakramentek…
- Dryń dryń – zadzwonił telefon.
- Słucham – powiedziałam.
- Cześć mamo – powiedział Mateusz – na dzień matki chciałbym ci pożyczyć dużo szczęścia i, żebyś dostała dużo prezentów, i żebyś miała wielu dobrych uczniów.
- Dziękuję ci – powiedziałam szczerze wzruszona – Dużo prezentów chyba muszę z tej okazji dostać od ciebie?
- Tak, dostaniesz je ode mnie – odparł mój syn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz