Sobotę i niedzielę Mateusz spędził u NNa. Piotr poszedł do
pracy (swoją drogą – co za pomysł, żeby pracować w sobotę?), a ja zostałam z
głębokim postanowieniem sprzątania, za jedyne towarzystwo mając pląsającego
wokół mnie i bardzo zalotnego królika. Taki to miałam dzień matki. Sprzątałam i
sprzątałam, królik kręcił się koło mnie jak fryga, a po mojej biednej głowie
snuły się myśli mniej lub bardziej ponure na temat roli kobiet na tym świecie. Do
czego są one potrzebne sobie samym, mężczyznom oraz swoim ewentualnym dzieciom.
Jak się stają matkami, jak dzieci są ich częścią, a potem odchodzą i znikają za
zakrętem itd. A przy okazji, krótko rzecz ujmując, było mi przykro, że Mateusz
do mnie nie dzwoni z okazji tego dnia. Rozumiejąc, że pewnie zapomniał, a może
nie ma jak, a w końcu tracąc nadzieję, że się odezwie. Aż w końcu około
godziny 21, gdy z Piotrem szliśmy koło pięknego kościoła Sakramentek…
- Dryń dryń – zadzwonił telefon.
- Słucham – powiedziałam.
- Cześć mamo – powiedział Mateusz – na dzień matki chciałbym
ci pożyczyć dużo szczęścia i, żebyś dostała dużo prezentów, i żebyś miała wielu
dobrych uczniów.
- Dziękuję ci – powiedziałam szczerze wzruszona – Dużo
prezentów chyba muszę z tej okazji dostać od ciebie?
- Tak, dostaniesz je ode mnie – odparł mój syn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz