W sobotę pojechaliśmy na ślub.
Mateusz wyperfumował się, aby pocałować Pannę Młodą – co, zdaje się, przynosi
szczęście – ale w krytycznym momencie zwyciężyła w nim nieśmiałość i całowania
nie było. Przez całą Warszawę potem, odwiedzając znaną powszechnie i lubianą kawiarnię
Kafka, dotarliśmy na drugą stronę Wisły do Muzeum Neonu, które okazało się prawdziwie urzekające. Noc
sobotnia pełna była warszawskich atrakcji. Można było w nich przebierać, ale
Mateusz i tak uparł się, żeby właśnie w tę noc zobaczyć swój najbardziej
ulubiony („i największy” – dodał) obraz w Polsce, to znaczy Bitwę pod Grunwaldem w na poły
odnowionym Muzeum Narodowym, a potem jeszcze – po nieudanej z powodu kolejki
wycieczce do Filtrów – Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym
sama dotąd nie byłam i dokąd (z powodu niechęci do militariów) iść nie zamierzałam.
Jednak dziecku pewnych rzeczy się nie odmawia, a dziecku własśnie bardzo się spodobał samolot w środku tego muzeum, zabawa w
powstańczą pocztę oraz bieganie po kanale i wszystko to, ale zwłaszcza
ostatnie, wzbudziło w moim sercu trwogę.
Po trudach owej nocy w niedzielne słoneczne
południe pojechaliśmy jeszcze na targi sztuki w pięknej, choć może za dużej
nieco budowli z krużgankami, kopułą i diabli wiedzą czym jeszcze na ulicy
Wspólnej. A potem to już z powrotem. W sobotnim i niedzielnym międzyczasie wpadaliśmy
na różne miłe i ciekawe osoby, co (poza wszystkim innym) przeczy twierdzeniu,
że Warszawa jest niefajnym miastem. Przy fontannie na Wspólnej spotkaliśmy
zresztą Ł., który kiedyś właśnie mówił, że stolica jest miastem niefajnym, a
teraz, od paru już lat w niej mieszka i chyba prawie całkiem zmienił na jej
temat zdanie.
Atmosfera kultury i sztuki tych dni natchnęła mnie refleksyjnie. Więc być może dlatego, wracając do domu pomyślałam
o naukach, jakie wygłosił ksiądz podczas sobotniego ślubu. O jego zachętach,
ażeby dążyć do miłości mistycznej i głębokiej. A także o alternatywnych (napotkanych
wczoraj i dziś) formach życia rodzinnego, ślubnych i nieślubnych w tym
dzieciach, drugich albo trzecich mężach i żonach itd. O tym myślałam, że
niewiele znam osób, które są w stanie kochać kogokolwiek w sposób mistyczny i
chyba niewiele takich, co się nadają do mistycznego miłowania. O tym, że krew
nie woda i każdemu się wydaje, że jak się z kimś zwiąże, w szczególności z
użyciem księdza, organów i bożej opatrzności, to już na amen. Ale potem życie
robi swoje, i okazuje się, że wcale nie jest dobrze być z kimś na amen, ani w
ogóle z kimś być.
A wtedy klops i mogiła.

hmm o tym szczęściu to nie słyszałem..,no i ja młodemu mężczyźnie trochę szyki pokrzyżowałem..,wszystko przez tą góralska gwałtowność..,gdybym wiedział..,stałbym jak skała..no ale cóż..do następnego ślubu;)
OdpowiedzUsuń(chociaż tak sobie myślę,że jak z tym szczęściem..podobnie jak z mistyczną miłością..to może nie warto;)
to więc nie jest tak, że warto całować pannę młodą?:)
OdpowiedzUsuńPewnie!..,że tak!!:) tego nie negowałem:) bardziej chodziło mi o szczęście..,a właściwie o drogę..;)
OdpowiedzUsuń