Tydzień zaczął się od potopu i
zgubienia okularów przez Mateusza. Potop miał miejsce w muzealnym magazynie i
był bardzo spektakularny. Z odkręconego przez jakiegoś specjalistę zaworu woda
lała się strumieniami, a była czarna i mroczna niczym kałuża w znanym filmie Dark Water. Potem ogólnie padał deszcz,
i wszędzie zaczęły rosnąć grzyby. I jak szłam we wtorek do pracy, to na skwerku
widziałam ze 44 bielutkie jak stado baranków pieczarki. W międzyczasie szukałam
zapamiętale okularów Mateusza, które zgubiły się podobno jeszcze w czwartek.
Mianowicie Mateusz, kiedy NN odebrał go ze szkoły zadzwonił do mnie i
powiedział: „Czemu nie dałaś mi do szkoły okularów?”. Jako że nie wiedziałam
czemu, a nawet nie wiedziałam, że nie dałam, rozpoczęłam gorączkowe przeszukiwanie
całego mieszkania. Przy okazji zresztą odnajdując wiele ostatecznie i
beznadziejnie zagubionych rzeczy. Wśród nich jednak niestety nie było okularów.
Kiedy Mateusz powrócił wreszcie do domu i założyłam mu na nos okulary zapasowe,
zaczęło się przepytywanie: „A co? Jak? Gdzie te okulary mogą być?” itd. Wreszcie
Mateusz oświadczył, że być może są one już na śmietniku wyrzucone przez jakieś
dziecko z zerówki. Tknięta jakimś przeczuciem zapytałam w świetlicy, czy nikt
tych okularów nie widział i okazało się, że owszem, jedna pani ma je od soboty
w domu i – jak tylko nie zapomni – to przyniesie. Szukajcie, a znajdziecie. Ot
co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz