piątek, 3 sierpnia 2012

Z plaży

Z powodu deszczu i lekkiego osamotnienia zastanawiam się nad naturą ludzkich uczuć, a raczej nad ich dziwnością się zastanawiam. Wylegując się na plaży, z Pachnidłem pod głową, gdy Mateusz kopał dół na metr głęboki i dwa metry szeroki, wysłuchałam dziś kilku pouczających opowieści o miłościach opowiadanych przez trzy kobiety w wieku – na oko między 25 a 30 rokiem życia. Słuchało mi się ich dobrze, chociaż chwilami uwagę moją rozpraszały krwiożercze mrówki latające oraz biedronka-ludojad. Były to jednak, jak często w takich przypadkach, opowieści raczej ponure: o narzeczonych i chłopakach tych dziewczyn, sprawiających im różne kłopoty. Niektóre całkiem podobne do moich starych historii sprzed dziesięciu albo ho-ho ilu lat. „Po co wam ci chłopcy, którym się nie chce nawet sprzed telewizora wstać, jak wracacie do domu?” – miałam ochotę zebrać się z piachu, iść do nich i wytłumaczyć parę rzeczy. „Po co wam chłopcy, którzy na was wrzeszczą, upijają się tak, że musicie ich odprowadzać do domu?” „Po co wam to, jak i tak nic z tego dobrego dla was nie będzie?!”. I już się podnosiłam, żeby wygłosić tę całą pouczającą przemowę, gdy nagle poczułam dotkliwe ukłucie i zobaczyłam, że biedronka-ludojad wgryza się z zapałem w moje przedramię. A potem pogoda się raptownie zepsuła i trzeba się było szybko zbierać z plaży, żeby przypadkiem nie zmoknąć. I na żadne dobre rady już czasu nie było. Z perspektywy paru godzin myślę jednak, że dobrze się stało. Niech się same przekonają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz