Z powodu deszczu i lekkiego osamotnienia zastanawiam się nad
naturą ludzkich uczuć, a raczej nad ich dziwnością się zastanawiam. Wylegując
się na plaży, z Pachnidłem pod głową,
gdy Mateusz kopał dół na metr głęboki i dwa metry szeroki, wysłuchałam dziś
kilku pouczających opowieści o miłościach opowiadanych przez trzy kobiety w
wieku – na oko między 25 a 30 rokiem życia. Słuchało mi się ich dobrze, chociaż
chwilami uwagę moją rozpraszały krwiożercze mrówki latające oraz
biedronka-ludojad. Były to jednak, jak często w takich przypadkach, opowieści
raczej ponure: o narzeczonych i chłopakach tych dziewczyn, sprawiających im
różne kłopoty. Niektóre całkiem podobne do moich starych historii sprzed
dziesięciu albo ho-ho ilu lat. „Po co wam ci chłopcy, którym się nie chce nawet
sprzed telewizora wstać, jak wracacie do domu?” – miałam ochotę zebrać się z
piachu, iść do nich i wytłumaczyć parę rzeczy. „Po co wam chłopcy, którzy na
was wrzeszczą, upijają się tak, że musicie ich odprowadzać do domu?” „Po co wam
to, jak i tak nic z tego dobrego dla was nie będzie?!”. I już się podnosiłam,
żeby wygłosić tę całą pouczającą przemowę, gdy nagle poczułam dotkliwe ukłucie
i zobaczyłam, że biedronka-ludojad wgryza się z zapałem w moje przedramię. A
potem pogoda się raptownie zepsuła i trzeba się było szybko zbierać z plaży,
żeby przypadkiem nie zmoknąć. I na żadne dobre rady już czasu nie było. Z
perspektywy paru godzin myślę jednak, że dobrze się stało. Niech się same
przekonają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz