środa, 29 sierpnia 2012

Merida waleczna


Mateusz chciał zobaczyć Meridę waleczną.

- A to nie dla dziewczyn? – zapytałam.

- No co ty! – na to Mateusz – i dla dziewczyn, i dla chłopaków, i dla wszystkich.

I miał rację. Okazało się, że to film dla każdego: o dzielnej pannie, co nie chciała wyjść za mąż i o matce, co nie potrafiła się ze swoją córką dogadać, a więc o dzielnej i lekkomyślnej dziewczynie, i o matce, co (po zjedzeniu zaczarowanego ciasteczka) została zamieniona w niedźwiedzia, i o tym, jak obie – ruda córka i matka niedźwiedzica podjęły rozpaczliwą próbę, żeby stać się sobie na powrót bliskie. Wracaliśmy do domu w ostatnich letnich promieniach słońca, bardzo zadowoleni, gawędząc:

- Będziesz robił ze mną konfitury pomarańczowo-imbirowe? – zapytałam Mateusza.

- A z czego one są? - odparł.

- No z czego? Z pomarańczy i z imbiru...

- Eeee nie lubię pomarańczy, ani imbiru – skrzywił się.

- To z czego byś chciał konfitury?

- Hmmm, chyba z samego cukru – Mateusz na to.    

      

I było miło, aż wróciliśmy do domu i zajrzałam do komputera, i przeczytałam średnio zrozumiały, ze względu na braki w interpunkcji i nadmiar zawartych w nim pretensji list od NNa, z którego pojęłam głównie to, że autor uważa, że matka jest potrzebna dziecku do 4, góra 5 roku życia. Niestety autor nie wyjaśnia, co jest potem dziecku potrzebne. A nie wyjaśnia, jak sądzę dlatego, że sam nie ma pojęcia, co takiego.

Ponieważ się nieco zdenerwowałam, postanowiłam usmażyć 150 naleśników, która to czynność zajęła mi ze dwie godziny,  przywracając mi przy tym chwilowo zwichrowaną równowagę wewnętrzną. Zjedzenie tych 150 naleśników – z kremem z kasztanów, kremem czekoladowym, jagodami, bitą śmietaną i dżemem z czarnej porzeczki, i czym tam jeszcze – zajęło nam chyba ze 20 minut.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz