Mateusz chciał zobaczyć Meridę
waleczną.
- A to nie dla dziewczyn? – zapytałam.
- No co ty! – na to Mateusz – i dla dziewczyn, i dla
chłopaków, i dla wszystkich.
I miał rację. Okazało się, że to film dla każdego: o
dzielnej pannie, co nie chciała wyjść za mąż i o matce, co nie potrafiła się ze
swoją córką dogadać, a więc o dzielnej i lekkomyślnej dziewczynie, i o matce,
co (po zjedzeniu zaczarowanego ciasteczka) została zamieniona w niedźwiedzia, i
o tym, jak obie – ruda córka i matka niedźwiedzica podjęły rozpaczliwą próbę,
żeby stać się sobie na powrót bliskie. Wracaliśmy do domu w ostatnich letnich
promieniach słońca, bardzo zadowoleni, gawędząc:
- Będziesz robił ze mną konfitury pomarańczowo-imbirowe? –
zapytałam Mateusza.
- A z czego one są? - odparł.
- No z czego? Z pomarańczy i z imbiru...
- Eeee nie lubię pomarańczy, ani imbiru – skrzywił się.
- To z czego byś chciał konfitury?
I było miło,
aż wróciliśmy do domu i zajrzałam do komputera, i przeczytałam średnio
zrozumiały, ze względu na braki w interpunkcji i nadmiar zawartych w nim pretensji
list od NNa, z którego pojęłam głównie to, że autor uważa, że matka jest
potrzebna dziecku do 4, góra 5 roku życia. Niestety autor nie wyjaśnia, co jest
potem dziecku potrzebne. A nie wyjaśnia, jak sądzę dlatego, że sam nie ma
pojęcia, co takiego.
Ponieważ się
nieco zdenerwowałam, postanowiłam usmażyć 150 naleśników, która to czynność zajęła mi ze dwie
godziny, przywracając mi przy tym chwilowo zwichrowaną równowagę wewnętrzną. Zjedzenie tych
150 naleśników – z kremem z kasztanów, kremem czekoladowym, jagodami, bitą
śmietaną i dżemem z czarnej porzeczki, i czym tam jeszcze – zajęło nam chyba ze
20 minut.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz