Pojechaliśmy do kina na rowerach. Jechaliśmy i jechaliśmy,
przez budowę ulicy Nowolazurowej, przedarliśmy się przez tory kolejki WKD,
brnęliśmy przez wyboje i wertepy Przemysłowego Służewca. Deszcz padał i siąpił,
i wiatr wiał, a myśmy jechali. Wszystko po to, by zobaczyć najnowsze dzieło
Woody’ego Allena pt. Zakochani w Rzymie. I
dotarliśmy do celu, przedarliśmy się przez kilometry korytarzy i ruchomych
schodów, odstaliśmy swoje w długiej kolejce i – już z biletami – raźno ruszyliśmy
do kinowej sali, popatrzyliśmy dokoła, a tam same starsze panie i to w dodatku w
grupach po trzy, albo cztery. Mimo że pierwszą, a może i drugą młodość mam już
dawno za sobą poczułam się w tym otoczeniu jak przedszkolak. Usiedliśmy, jak
należy na swoich miejscach, a do kina – ku naszemu cicho wyrażanemu zdumieniu –
jęły wkraczać kolejne grupy nobliwych kobiet, rzecz jasna – w grupach po trzy,
albo cztery. I zaczął się film, i trwał i trwał. A starsze panie co chwilę
rechotały ukontentowane humorem i dobrym żartem, które płynęły z kinowego ekranu.
A potem film się skończył. Zjedliśmy po pączku z powidłami, a potem jeszcze po
racuchu z jagodami i wreszcie, okrężną drogą, debatując o formie artystycznej
Woody’ego Allena pojechaliśmy na rowerach do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz