sobota, 25 sierpnia 2012

Seans

Pojechaliśmy do kina na rowerach. Jechaliśmy i jechaliśmy, przez budowę ulicy Nowolazurowej, przedarliśmy się przez tory kolejki WKD, brnęliśmy przez wyboje i wertepy Przemysłowego Służewca. Deszcz padał i siąpił, i wiatr wiał, a myśmy jechali. Wszystko po to, by zobaczyć najnowsze dzieło Woody’ego Allena pt. Zakochani w Rzymie. I dotarliśmy do celu, przedarliśmy się przez kilometry korytarzy i ruchomych schodów, odstaliśmy swoje w długiej kolejce i – już z biletami – raźno ruszyliśmy do kinowej sali, popatrzyliśmy dokoła, a tam same starsze panie i to w dodatku w grupach po trzy, albo cztery. Mimo że pierwszą, a może i drugą młodość mam już dawno za sobą poczułam się w tym otoczeniu jak przedszkolak. Usiedliśmy, jak należy na swoich miejscach, a do kina – ku naszemu cicho wyrażanemu zdumieniu – jęły wkraczać kolejne grupy nobliwych kobiet, rzecz jasna – w grupach po trzy, albo cztery. I zaczął się film, i trwał i trwał. A starsze panie co chwilę rechotały ukontentowane humorem i dobrym żartem, które płynęły z kinowego ekranu. A potem film się skończył. Zjedliśmy po pączku z powidłami, a potem jeszcze po racuchu z jagodami i wreszcie, okrężną drogą, debatując o formie artystycznej Woody’ego Allena pojechaliśmy na rowerach do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz