wtorek, 25 września 2012

Szewski poniedziałek


Wszystko zaczęło się jeszcze w niedzielę wieczorem, kiedy to kran, już od dawna szwankujący i cieknący, całkiem się zepsuł. Wszyscy po cichu liczyliśmy na to, że sam się naprawi, ale to jakoś nie nastąpiło. Kran nie tylko się nie naprawił, a przeciwnie – w niedzielny wieczór popsuł się dokumentnie. Zaczęła z niego tryskać woda na cztery strony świata, zalewając wszystko, co znalazło się na jej wartkiej drodze. I trzeba było w ogóle wodę w łazience wyłączyć. A to, wiadomo, kłopot. Dziecko się brudzi, powinno być umyte. Stroje usmarowane dżemem i utytłane króliczą sierścią czekają na zmiłowanie w pralce. Tymczasem zaś wody brak. Majster od kranów nie był zachwycony telefonicznym wezwaniem na ratunek. Pewnie miał inne plany na poniedziałkowy wieczór: chciał spokojnie obejrzeć serial albo Koło fortuny, jednak zlitował się i przyszedł. Prawdziwy fachowiec z wąsami, pokręcił się, postękał, ponarzekał: „A kto ten kran montował?” (co taktownie postanowiłam przemilczeć), „A ta nowa bateria to nie najwyższej klasy!” („Nie chciałam w nią inwestować, bo i tak chcę zrobić remont” – tłumaczyłam się nieudolnie). Wreszcie jednak kran z sukcesem zamontował, poszedł sobie i wszyscy byli zadowoleni. A mnie została refleksja: Czemu mogąc naprawić coś od razu, zostawia się to na potem, skoro wiadomo, że potem raczej nic się samo nie naprawia, tylko wręcz przeciwnie – psuje się na amen?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz