Wszystko zaczęło się jeszcze w
niedzielę wieczorem, kiedy to kran, już od dawna szwankujący i cieknący, całkiem
się zepsuł. Wszyscy po cichu liczyliśmy na to, że sam się naprawi, ale to jakoś
nie nastąpiło. Kran nie tylko się nie naprawił, a przeciwnie – w
niedzielny wieczór popsuł się dokumentnie. Zaczęła z niego tryskać woda na
cztery strony świata, zalewając wszystko, co znalazło się na jej wartkiej
drodze. I trzeba było w ogóle wodę w łazience wyłączyć. A to, wiadomo, kłopot. Dziecko
się brudzi, powinno być umyte. Stroje usmarowane dżemem i utytłane króliczą
sierścią czekają na zmiłowanie w pralce. Tymczasem zaś wody brak. Majster od
kranów nie był zachwycony telefonicznym wezwaniem na ratunek. Pewnie miał inne
plany na poniedziałkowy wieczór: chciał spokojnie obejrzeć serial albo Koło
fortuny, jednak zlitował się i przyszedł. Prawdziwy fachowiec z wąsami,
pokręcił się, postękał, ponarzekał: „A kto ten kran montował?” (co taktownie
postanowiłam przemilczeć), „A ta nowa bateria to nie najwyższej klasy!” („Nie
chciałam w nią inwestować, bo i tak chcę zrobić remont” – tłumaczyłam się
nieudolnie). Wreszcie jednak kran z sukcesem zamontował, poszedł sobie i
wszyscy byli zadowoleni. A mnie została refleksja: Czemu mogąc naprawić coś od
razu, zostawia się to na potem, skoro wiadomo, że potem raczej nic się samo nie
naprawia, tylko wręcz przeciwnie – psuje się na amen?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz