Przybyli do nas goście z Hiszpanii i było bardzo miło, poza
pogoda, która stała się prawdziwie jesienna. Mimo to wybraliśmy się wszyscy na
wycieczkę krajoznawczą po Warszawie. Byliśmy na stacji Śródmieście. I Mateusz rzekł:
„Oho, jest napisane: Proszę nie karmić gołębi”, po czym się stropił: „Skąd
gołębie będą wiedziały, żeby nie wolno ich karmić, jak one nie potrafią czytać?”.
A potem poszliśmy i szliśmy wytrwale, co godzinę, albo dwie zachodząc do
kawiarni albo baru, po części dlatego, że byliśmy głodni, a po części dlatego,
że padało i wiało. Szczęśliwie wieczorem przestało lać, siąpić i mżyć, i wtedy
udaliśmy się pod Most Poniatowskiego, żeby żegnać lato puszczając na wietrze lampiony.
Bilans tej zabawy był taki:
1)
Jeden lampion spalony, utknął na nadwiślanej
plaży;
2)
Kolejny lampion też utknął, ale dopadł go
dzielny Mateusz i ugasił zuchowymi metodami;
3)
Dwa lampiony poleciały, ale utknęły na drzewach
i tylko palec Boży uchronił nas przed katastrofalnymi w skutkach pożarami;
4)
Jeszcze dwa poszybowały do samego nieba i zniknęły w przestworzach.
Następnego dnia nasi goście niestety odjechali i było nam
przykro, a zwłaszcza Mateuszowi, który płakał po nich ze czterdzieści minut,
zanim nie zaciągnęliśmy go na Plac Grzybowski, gdzie skąpał się fontannie, co
pozwoliło mu wrócić do względnej równowagi psychicznej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz