Świeci słońce, a nawet jest
gorąco i wszyscy narzekają. A my odwrotnie – sprawiliśmy sobie leżaki i
odpoczywamy na balkonie wielkości chustki do nosa, spożywając hektolitry lodów.
W piątek z Ziem Odzyskanych powrócił Mateusz z królikiem. Mateusz jakby większy
i królik jakby większy. Mateusz rozbrykany i pohukujący, królik – odwrotnie: jakiś
wymiętolony i lekko osowiały. Mateusz – ekspansywny; królik – tylko kombinuje
jakby tu wleźć pod łóżko, chowając się przed całym światem. W sobotę zobaczyliśmy
w kinie Epokę lodowcową 4, potem
obejrzeliśmy mecz tenisowy na Wimbledonie, jedząc – zgodnie z wimbledonowskim podobno
obyczajem – truskawki z bitą śmietaną. Jak się mecz skończył odwiedziliśmy
Ogród Saski, „Kafkę”, nadwiślańskie bulwary i zobaczyliśmy fontannowy pokaz „światło
i dźwięk” na Podzamczu. W drodze powrotnej Mateusz śpiewał pieśni według własnych pomysłów i znane ze szkoły utwory o tematyce wakacyjnej. I bardzo byliśmy
zadowoleni z tego długiego dnia, za wyjątkiem może jedynie królika, który (gdy
wreszcie wróciliśmy do domu) udawał, że ma muchy w nosie. Może przeczuwał, że jego główny właściciel i opiekun go wkrótce opuści, wyjeżdżając do odległej wsi pod Hrubieszowem? Wreszcie
Mateusz wyjechał i w ten sposób rozpoczął się prawdziwy sezon ogórkowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz