środa, 18 lipca 2012

Kolonie i horrory

Mateusz pojechał na pierwsze w życiu kolonie zuchowe, zabierając ze sobą dwa plecaki (duży i mały), wypełnione różnymi rzeczami, wśród których znalazł się także obrzędowy strój indiański.
W przeddzień nie obyło się bez trzech, czy czterech krótkich, ale siarczystych awantur z NNem przez telefon. Sama je niestety zaczęłam wypominając mu, że sprzedał samochód nic mi o tym nie mówiąc. A potem już lawina ruszyła i było coraz gorzej i gorzej, straszniej i straszniej. Na nic mi to było, bo samochód do niczego mi niepotrzebny, podobnie jak i walki z NNem. Więc może to przez te długie miesiące, ciągnące się jak guma od majtek, w trakcie których nie mogę się wyzwolić z małżeńskiego uścisku NNa. Może to przez wizję kolejnych dwóch miesięcy, które trzeba czekać na następną rozprawę, kolejnych druków awizo wrzucanych przez listonoszów z przedziwną regularnością do mojej skrzynki, a może zbliżających się jak chmura gradowa urodzin, objawień Matki Boskiej, dziejących się na całym świecie, może przypadającego właśnie nowiu, może tego Mateuszowego wyjazdu, albo po prostu wina mojego złego charakteru. W każdym razie na sam koniec, trudno powiedzieć za co, dostało się i królikowi, i Piotrowi. 
Na szczęście, jak w horrorze klasy D, dzisiejszy dzień od godziny 5.00 był dokładną odwrotnością wczorajszego koszmaru. O 6.30 zuchy zebrały się na Dworcu Centralnym, a pląsając i pohukując cieszyły się zwłaszcza z tego, że będą spać w namiotach i pokrzykiwały, czego to one nie będą w tych namiotach wieczorami wyczyniać. Dość sympatyczne było niezobowiązujące zaproszenie Mateusza, żebym wybrała się razem z zuchami i spała z nimi w tym namiocie harców i zabaw, ale grzecznie odmówiłam. Wreszcie o 7.30 wszystkie zuchy zapakowały do pociągu TLK i wyruszyły w siną dal, to znaczy w stronę Piotrkowa Trybunalskiegio, na całe półtora tygodnia. 
                                                                                                                                                                          

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz