Sezon ogórkowy trwa. Nie czytam
wiadomości w gazecie, nawet horoskop zaczynam omijać, bo mnie ciągle ostatnio zawodzi (zapowiadał dużą wygraną, więc postawiłam 9 zł w totolotka, a tu nic)
i (z wiadomych już tylko sobie powodów) nie zaglądam zbyt często do rubryki
matrymonialnej. Nawet na NNa staram się nie denerwować (choć niełatwo mi to przychodzi). Z dużym za to zapałem czytam to, co sama napisałam
przez ostatnich parę wiosen, zim i jesieni, czasem w trudzie, czasem w znoju, a
znacznie rzadziej porywana przez skrzydła literackiej weny. A mianowicie dość
rozwlekłą rozprawę o świętych relikwiach, świętych obrazach i rożnych innych
świętych przedmiotach, które nie wiadomo do czego służą. O tym jak wyglądają,
jaką miewają konsystencję, i jakie wonie wydzielają.
Kiedy się dzisiaj temu dziełu przyglądam,
wydaje mi się, że ma wiele wiele
stron, może ze 300. Jeśli dobrze pamiętam zajęło mi to z 5 lat. Więc, jak to wszystko skrzętnie przeliczyć, wychodzi,
że rocznie pisałam 60 stron, miesięcznie – 5 stron, a dziennie 0,2 strony,
czyli jakieś 5 linijek tekstu. Jest z tego morał, którego mądrość sieje
spustoszenie w mojej biednej głowie dzisiaj od samego bladego świtu: Lepiej
robić małe kroczki do przodu, niż nie robić ich wcale i lepiej iść, niż nie
ruszać się z miejsca. Lecz dokąd się idzie, ruszywszy z tego miejsca, to już całkiem inna
historia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz