wtorek, 10 lipca 2012

Trud i znój



Sezon ogórkowy trwa. Nie czytam wiadomości w gazecie, nawet horoskop zaczynam omijać, bo mnie ciągle ostatnio zawodzi (zapowiadał dużą wygraną, więc postawiłam 9 zł w totolotka, a tu nic) i (z wiadomych już tylko sobie powodów) nie zaglądam zbyt często do rubryki matrymonialnej. Nawet na NNa staram się nie denerwować (choć niełatwo mi to przychodzi). Z dużym za to zapałem czytam to, co sama napisałam przez ostatnich parę wiosen, zim i jesieni, czasem w trudzie, czasem w znoju, a znacznie rzadziej porywana przez skrzydła literackiej weny. A mianowicie dość rozwlekłą rozprawę o świętych relikwiach, świętych obrazach i rożnych innych świętych przedmiotach, które nie wiadomo do czego służą. O tym jak wyglądają, jaką miewają konsystencję, i jakie wonie wydzielają.

Kiedy się dzisiaj temu dziełu przyglądam, wydaje mi się, że ma wiele wiele stron, może ze 300. Jeśli dobrze pamiętam zajęło mi to z 5 lat. Więc, jak  to wszystko skrzętnie przeliczyć, wychodzi, że rocznie pisałam 60 stron, miesięcznie – 5 stron, a dziennie 0,2 strony, czyli jakieś 5 linijek tekstu. Jest z tego morał, którego mądrość sieje spustoszenie w mojej biednej głowie dzisiaj od samego bladego świtu: Lepiej robić małe kroczki do przodu, niż nie robić ich wcale i lepiej iść, niż nie ruszać się z miejsca. Lecz dokąd się idzie, ruszywszy z tego miejsca, to już całkiem inna historia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz