niedziela, 22 lipca 2012

Pourodzinowa wizyta w Tworkach


Dzień urodzin minął mi niespostrzeżenie. To znaczy, że mimo że to jest z zasady dość emocjonalnie tradne wydarzenie (zwłaszcza jak się ukończyło nieodwołalnie 30, a potem 35 lat), tym razem obyło się bez zabarwionych traumą i melancholią rozmyślań oraz rozterek za tym idących, a dotyczących nie wiadomo właściwie czego. W okolicach tego dnia odbyliśmy wraz z Piotrem kilka rowerowych wycieczek, w tym jedną – niedzielną (22 lipca, tak tak) – której trasa zawiodła nas do Tworek, gdzie z oddali ujrzałam kościół, który mnie natchnął taką oto ostateczną myślą, że gdybym kiedykolwiek musiała, czy też potrzebowała dokonać jakiegoś kościelnego aktu rytualnego, to tylko i koniecznie tam. Przyszpitalny kościół w Tworkach, Dzieci moje, jest bowiem cerkwią wystawioną na początku ubiegłego stulecia, w dodatku  w stylu bardzo wdzięcznie naśladującym dokonania architektury ormiańskiej. A ja tu mieszkam tyle lat, kilka kilometrów od takiego miejsca, i nic nie wiem o tym! I pomyślałam także, że gdyby los mnie zawiódł jeszcze do tych Tworek, z powodu rozwinięcia się jakiejś niezdrowej przypadłości umysłowej, czy duchowej, to mogłabym wtedy napisać wielce uczoną monografię owego kościoła. A rodzina bliższa i dalsza odwiedzałaby mnie przywożąc kompoty i inne frykasy. Te wszystkie wizje natchnęły mnie jakąś niespotykaną dotąd pourodzinową świetlaną wizją czasów przyszłych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz