Dzień urodzin minął mi niespostrzeżenie. To znaczy, że mimo
że to jest z zasady dość emocjonalnie tradne wydarzenie (zwłaszcza jak się ukończyło
nieodwołalnie 30, a potem 35 lat), tym razem obyło się bez zabarwionych traumą i
melancholią rozmyślań oraz rozterek za tym idących, a dotyczących nie wiadomo właściwie czego. W okolicach tego dnia
odbyliśmy wraz z Piotrem kilka rowerowych wycieczek, w tym jedną – niedzielną (22 lipca, tak tak) –
której trasa zawiodła nas do Tworek, gdzie z oddali ujrzałam kościół, który
mnie natchnął taką oto ostateczną myślą, że gdybym kiedykolwiek musiała, czy też potrzebowała dokonać jakiegoś
kościelnego aktu rytualnego, to tylko i koniecznie tam. Przyszpitalny kościół w Tworkach,
Dzieci moje, jest bowiem cerkwią wystawioną na początku ubiegłego stulecia, w
dodatku w stylu bardzo wdzięcznie
naśladującym dokonania architektury ormiańskiej. A ja tu mieszkam tyle lat,
kilka kilometrów od takiego miejsca, i nic nie wiem o tym! I pomyślałam także, że gdyby los mnie zawiódł jeszcze do tych Tworek, z powodu rozwinięcia się jakiejś niezdrowej przypadłości umysłowej, czy duchowej, to mogłabym wtedy napisać wielce uczoną monografię owego kościoła. A rodzina bliższa i dalsza odwiedzałaby mnie przywożąc kompoty i inne frykasy. Te wszystkie wizje natchnęły mnie jakąś niespotykaną dotąd pourodzinową świetlaną wizją czasów przyszłych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz