czwartek, 14 czerwca 2012

Ofiary instynktu

Kupiłam książkę: Macierzyństwo non-fiction i czytam ją w autobusach, a kiedy już się zmęczę, to rozmyślam o moim byciu matką oraz o moim „przewrocie domowym” (bo w podtytule jest: Relacja z przewrotu domowego). Mnie samej trudno jest przypomnieć sobie dokładnie, jak było ze mną, bo w końcu to już tyle lat minęło: 8 lat, całe 8 długich lat, wiosen i zim. Ale kiedy z głębin czasu wyciągam wspomnienia dotyczące niemowlęctwa Mateusza i konfrontuję je z opisami różnego rodzaju walk zawartymi w rzeczonej książce, to trudno mi przypomnieć sobie, żeby mi było ciężko i źle, czy żebym się czuła uwięziona przez niemowlaka. Raczej miałam jakiś odwrotny proces, co może tym było spowodowane, że w czasach niemowlęctwa Mateusz był dzidziusiem wzorowym i prawie całkiem niekłopotliwym (myślę dziś, że mniej kłopotliwym niż mieszkający z nami od paru miesięcy królik Michał). Jednak i mnie oczywiście nie ominęły kłopoty.

Prawie zaraz jak się Mateusz urodził, moja Mistrzyni, namówiwszy się z drugą Mistrzynią, powiedziała: „No dobra kochana, teraz to pora do roboty” i zorganizowała mi intratną posadę w mieszkaniu Chopina. Ile mnie kosztowało wykręcanie się od tego! Jak mi się nie chciało pracować! I nie tylko to było zwykłe niechcenie, ale coś gorszego, bowiem – w wyniku narodzin Mateusza – cała uczoność wyparowała z mojej głowy, która stała się w maju 2004 roku pusta i całkiem dziewicza. Pewnego więc dnia, powiedziawszy sobie „Raz kozie śmierć” z czteromiesięcznym dzieckiem na ręku, udałam się na audiencję do drugiej Mistrzyni i wyznałam jej, że praca to dla mnie zbyt duże wyzwanie, że mam dzidziusia, którego karmię i przewijam i jak pójdę do pracy, to ani chybi umrę. „Nie umrzesz” – rzekła na to druga Mistrzyni – „Musisz pracować i już”. Jeszcze trochę próbowałam się wykręcać, ale potem już nie było wyjścia i poszłam do roboty. Szczerze mówiąc, to nawet jestem dziś z tego powodu wdzięczna im obu, bo wiedziały, co czynią przymuszając mnie do powrotu do świata.

Macierzyństwo w kraju nad Wisłą jest trudne i jest tak (jak sądzę) nie dlatego, że dzieci rodzące się pod tą szerokością geograficzną są jakieś szczególnie dokuczliwe, ale z tego powodu, że nie ma tu  żłobków, nie ma przedszkoli, i albo cię wyrzucają z pracy, bo urodziłaś dziecko, albo każą szybko wracać, a kiedy wracasz, to zaczynasz robić na kilka etatów i – tak jak pisze autorka Macierzyństwa non-fiction – masz szanse na życie z poczuciem winy do samego końca: że zamiast siedzieć z dzieckiem, siedzisz w pracy, że za wolno wracasz do domu, że w domu zamiast je zabawiać, sprawdzasz klasówki, że potem próbujesz je szybko wcisnąć do łóżka, żeby jeszcze coś napisać, że nie możesz się powstrzymać, żeby nie zjeść jego batonika i tak dalej, bez końca. Wiele razy rozmawiałam z koleżankami, szczęśliwymi posiadaczkami dzieci mniejszych i większych, i słyszałam od nich o dokładnie takich samych rozterkach. Nigdy natomiast nie słyszałam, żeby podobne mieli mężczyźni, to znaczy ojcowie dzieci, żeby zastanawiali się, czy po urodzeniu potomka wrócić do pracy, czy nie i czy ta praca przeszkadza im w chowie potomstwa.

Ale to jeszcze nic. Są rzeczy groźniejsze. Czytałam kiedyś artykuł (chyba) Ewy Woydyłło, w którym była opisana sytuacja kobiet – ofiar instynktu macierzyńskiego. Krótko mówiąc o to szło, że istnieje duża grupa kobiet, które w pewnym momencie swojego życia czują, że już muszą zostać matkami i zostają nimi, czasami (podobno nawet często) nie bacząc, kim właściwie jest potencjalny ojciec dziecka. Prowadzi to niekiedy (jak wiemy) do katastrof, kiedy już taka kobieta uwolni się z hormonalnego otumanienia, spowodowanego ciągiem ku posiadaniu potomstwa, chodzeniem w ciąży, rodzeniem, przewijaniem i paroma jeszcze etapami życia dziecka. Być może tylko dzięki temu w naszym kraju utrzymuje się jeszcze jako taki przyrost naturalny. W pewnym sensie jest jednak i tak, że dopóki nie dokona się „przewrót domowy” i dopóki ten przewrót nie okrzepnie na dobre, to nikt właściwie wiele nie wie, ani o sobie, ani o swoim partnerze, tak więc – choć znam sporo ofiar macierzyńskiego instynktu, a może i sama taką ofiarą trochę jestem, to nie mam pojęcia – jak można byłoby czegoś podobnego uniknąć.

W książce, o której się tu rozpisuję pojawia się sprawa posiadania i nieposiadania potomstwa, który rozumiem jako kwestię tego, czy jest dobrze żyć bez dzieci, i czy to ma jakiś sens: jest to wątek jakiegoś sporu na style życia pomiędzy ludźmi, którzy mają dzieci i takimi, którzy ich nie mają, chcą i nie chcą mieć. I kiedy o tym myślę przypomina mi się rozmowa, którą przeprowadziłam może rok tego z byłym chłopakiem, takim, co mi dawno dawno temu napsuł wiele krwi, a teraz jest już nieco podstarzałym, dość statecznym mężem i ojcem kilkorga dzieci. I on mówi, że dla niego życie bez dzieci nie ma sensu, że bez sensu byłoby dla niego także jego małżeństwo, gdyby tych dzieci nie posiadał. Straszne i smutne wydały mi się jego słowa wtedy. I smutne wydają mi się one teraz. Bo przecież te wszystkie dzieci, które się z nas rodzą, które karmimy i wychowujemy, z którymi rozmawiamy i jeździmy na rowerach, w końcu – prędzej, czy później – odchodzą gdzieś, odjeżdżają, często na koniec świata i przestają potrzebować rodziców na co dzień, a wtedy dobrze byłoby mieć z kim zostać, nie dlatego, że jest biologicznym współrodzicem tych dzieci, ale z jakichś innych powodów. Najlepiej – zupełnie innych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz