Kupiłam książkę: Macierzyństwo non-fiction i czytam ją w autobusach, a kiedy już się
zmęczę, to rozmyślam o moim byciu matką oraz o moim „przewrocie domowym” (bo w
podtytule jest: Relacja z przewrotu
domowego). Mnie samej trudno jest przypomnieć sobie dokładnie, jak było ze mną, bo w końcu to już tyle lat minęło: 8 lat, całe 8 długich lat, wiosen i
zim. Ale kiedy z głębin czasu wyciągam wspomnienia dotyczące niemowlęctwa
Mateusza i konfrontuję je z opisami różnego rodzaju walk zawartymi w rzeczonej książce,
to trudno mi przypomnieć sobie, żeby mi było ciężko i źle, czy żebym się czuła
uwięziona przez niemowlaka. Raczej miałam jakiś odwrotny proces, co może
tym było spowodowane, że w czasach niemowlęctwa Mateusz był dzidziusiem
wzorowym i prawie całkiem niekłopotliwym (myślę dziś, że mniej kłopotliwym niż
mieszkający z nami od paru miesięcy królik Michał). Jednak i mnie oczywiście nie ominęły
kłopoty.
Prawie zaraz jak się Mateusz urodził,
moja Mistrzyni, namówiwszy się z drugą Mistrzynią, powiedziała: „No dobra
kochana, teraz to pora do roboty” i zorganizowała mi intratną posadę w
mieszkaniu Chopina. Ile mnie kosztowało wykręcanie się od tego! Jak mi się nie
chciało pracować! I nie tylko to było zwykłe niechcenie, ale coś gorszego,
bowiem – w wyniku narodzin Mateusza – cała uczoność wyparowała z mojej głowy,
która stała się w maju 2004 roku pusta i całkiem dziewicza. Pewnego więc dnia,
powiedziawszy sobie „Raz kozie śmierć” z czteromiesięcznym dzieckiem na ręku, udałam się na audiencję do drugiej
Mistrzyni i wyznałam jej, że praca to dla mnie zbyt duże wyzwanie, że mam
dzidziusia, którego karmię i przewijam i jak pójdę do pracy, to ani chybi umrę.
„Nie umrzesz” – rzekła na to druga Mistrzyni – „Musisz pracować i już”. Jeszcze
trochę próbowałam się wykręcać, ale potem już nie było wyjścia i poszłam do
roboty. Szczerze mówiąc, to nawet jestem dziś z tego powodu wdzięczna im obu,
bo wiedziały, co czynią przymuszając mnie do powrotu do świata.
Macierzyństwo w kraju nad Wisłą
jest trudne i jest tak (jak sądzę) nie dlatego, że dzieci rodzące się pod tą
szerokością geograficzną są jakieś szczególnie dokuczliwe, ale z tego powodu,
że nie ma tu żłobków, nie ma przedszkoli,
i albo cię wyrzucają z pracy, bo urodziłaś dziecko, albo każą szybko wracać, a
kiedy wracasz, to zaczynasz robić na kilka etatów i – tak jak pisze autorka Macierzyństwa non-fiction – masz szanse
na życie z poczuciem winy do samego końca: że zamiast siedzieć z dzieckiem,
siedzisz w pracy, że za wolno wracasz do domu, że w domu zamiast je zabawiać,
sprawdzasz klasówki, że potem próbujesz je szybko wcisnąć do łóżka, żeby
jeszcze coś napisać, że nie możesz się powstrzymać, żeby nie zjeść jego batonika
i tak dalej, bez końca. Wiele razy rozmawiałam z koleżankami, szczęśliwymi posiadaczkami
dzieci mniejszych i większych, i słyszałam od nich o dokładnie takich samych rozterkach. Nigdy
natomiast nie słyszałam, żeby podobne mieli mężczyźni, to znaczy ojcowie dzieci,
żeby zastanawiali się, czy po urodzeniu potomka wrócić do pracy, czy nie i czy ta praca przeszkadza
im w chowie potomstwa.
Ale to jeszcze nic. Są rzeczy
groźniejsze. Czytałam kiedyś artykuł (chyba) Ewy Woydyłło, w którym była
opisana sytuacja kobiet – ofiar instynktu macierzyńskiego. Krótko mówiąc o to
szło, że istnieje duża grupa kobiet, które w pewnym momencie swojego życia czują, że już muszą zostać matkami i
zostają nimi, czasami (podobno nawet często) nie bacząc, kim właściwie jest
potencjalny ojciec dziecka. Prowadzi to niekiedy (jak wiemy) do katastrof,
kiedy już taka kobieta uwolni się z hormonalnego otumanienia, spowodowanego ciągiem
ku posiadaniu potomstwa, chodzeniem w ciąży, rodzeniem, przewijaniem i paroma
jeszcze etapami życia dziecka. Być może tylko dzięki temu w naszym kraju utrzymuje się jeszcze
jako taki przyrost naturalny. W pewnym sensie jest jednak i tak, że dopóki nie
dokona się „przewrót domowy” i dopóki ten przewrót nie okrzepnie na dobre, to
nikt właściwie wiele nie wie, ani o sobie, ani o swoim partnerze, tak więc –
choć znam sporo ofiar macierzyńskiego instynktu, a może i sama taką ofiarą trochę
jestem, to nie mam pojęcia – jak można byłoby czegoś podobnego uniknąć.
W książce, o której się tu
rozpisuję pojawia się sprawa posiadania i nieposiadania potomstwa, który
rozumiem jako kwestię tego, czy jest dobrze żyć bez dzieci, i czy to ma jakiś
sens: jest to wątek jakiegoś sporu na style życia pomiędzy ludźmi, którzy mają
dzieci i takimi, którzy ich nie mają, chcą i nie chcą mieć. I kiedy o tym myślę przypomina mi się
rozmowa, którą przeprowadziłam może rok tego z byłym chłopakiem, takim, co mi
dawno dawno temu napsuł wiele krwi, a teraz jest już nieco podstarzałym, dość statecznym mężem i ojcem
kilkorga dzieci. I on mówi, że dla niego życie bez dzieci nie ma sensu, że bez
sensu byłoby dla niego także jego małżeństwo, gdyby tych dzieci nie posiadał.
Straszne i smutne wydały mi się jego słowa wtedy. I smutne wydają mi się one
teraz. Bo przecież te wszystkie dzieci, które się z nas rodzą, które karmimy i
wychowujemy, z którymi rozmawiamy i jeździmy na rowerach, w końcu – prędzej, czy później – odchodzą gdzieś, odjeżdżają,
często na koniec świata i przestają potrzebować rodziców na co dzień, a wtedy
dobrze byłoby mieć z kim zostać, nie dlatego, że jest biologicznym
współrodzicem tych dzieci, ale z jakichś innych powodów. Najlepiej – zupełnie innych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz