Pierwszy raz w życiu oglądałam mecz w knajpie,
dokładnie rzecz ujmując na Powiślu w „Grawitacji” (i tu jest próba reklamy, bo „Grawitacja”
to bardzo fajne miejsce i warto tam chodzić, dzieci moje) – może właściwie to
był pierwszy mecz w życiu, jaki obejrzałam w całości od początku do końca, nawet
(wyjątkowo) nie przysypiając.
W ciągu 90 minut, bo tak długo, wyobraźcie sobie, trwa taki mecz (a do tego w środku jest przerwa) wypiliśmy ze trzy yerby i jeszcze coca-colę, zjedliśmy też trochę orzeszków i innych tam rzeczy.
Wszyscy dokoła kibicowali polskiej drużynie, nawet Piotr obok mnie na kanapie
siedzący (choć może dość słabo na tle innych). A ja odwrotnie, po cichutku dobrze życzyłam Grekom: trochę z gościnnego usposobienia (że „czym chata bogata, tym rada” oraz „gość w dom, Bóg w dom”), ale głównie
z następujących powodów: za Atlantydę, za Platona, Dionizego Areopagitę, za Michała Psellosa, za Annę
Komnenę i za Teofana Greka, i za Dionizego z Furny, za musakę i za grecką sałatkę
z jajkiem (po kreteńsku) i bez. A jak
grali Polacy to mówiłam w myślach: „skuś baba na dzida skuś baba na dziada”. No
i jakoś tak się stało, że Grecja, ojczyzna
naszej pięknej cywilizacji, wyszła w miarę obronną ręką z potyczki z
barbarzyńskimi Słowianami, wytwórcami kiszonej kapusty i kaszanki.
Jak się mecz skończył, Warszawa się wypełniła po brzegi poubieranymi w biało-czerwone stroje kibicami z nosami spuszczonymi na kwintę. Przeszliśmy się więc wraz z tym smutnawym tłumem Alejami Jerozolimskimi, a na samym środku skrzyżowania z ulicą Marszałkowską postanowiliśmy wykonać kilka unikalnych fotografii. I wtedy podbiegł do nas jakiś chłopak i się pyta: „Skąd jesteście?”, a ja na to (nie wiedzieć czemu): „Ze Szczecina”, na co on: „Witamy w Warszawie!”, i dawaj nas witać i ręce ściskać. Domyślam się, że na tym własnie polega sportowa atmosfera...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz