piątek, 8 czerwca 2012

Pora

Czy to przez tę pełnię księżyca, czy to przez dziwaczną ostatnio atmosferę miasta, męczą mnie przez ostatnie dni hordy i zastępy czarnych jak smoła demonów. Miewam przez nie zaskakujące i traumatyczne sny, gubię się w rzeczywistości widzialnej, a do tego jestem kłótliwa. Tyle dobrze, że nie kłócę się z Mateuszem, ale to chyba tylko dlatego, że został wywieziony przez NNa do jego narzeczonej mieszkającej w okolicach Poznania. Za to już z samym NNem nie obyło się bez małej smsowej kłótni o to, że znowu obcięłam dziecku włosy maszynką. Szkoda gadać.

Za to w środę poszliśmy (Piotr i ja) na koncert, na plażę pod Mostem Śląsko-Dąbrowskim. Ten koncert się odbywał z okazji wywrotki demokracji ludowej w Polsce, co miało miejsce – jak mówią kroniki – 6 czerwca 1989 roku (akurat jak kończyłam z wyróżnieniem szkołę podstawową w Mieście Pionierów nad rzeką Odrą). I tu, jak tam u nas w tym mieście zagubionym na dalekim Zachodzie, była rzeka i był most. Występował Tymon z Kurami oraz Brygada z Kryzysem, i to było fajne. Jednak do samego wyłączenia systemu nie dotrwaliśmy, bo mnie się już spać chciało, a po Kryzysie już tam tak atrakcyjnie być nie miało. A dnia następnego, trochę w związku z tym (bo to mniej więcej w 1989 roku odkryłam tajemne uroki muzyki Joy Division),  obejrzeliśmy film o Ianie Curtisie pt. Control, który z dawien dawna spoczywał na naszym domowym Cmentarzysku Filmów. A spoczywał tam, bo mnie się zdawało, że trudno mi go będzie oglądać i dołująco, ale okazało się, że wcale tak nie było.

Potem za to już było naprawdę piłkarsko. Piotr mnie wywiózł aż nad Wisłę, bo chciał zobaczyć wystawiony tam pomnik Deyny (takiego piłkarza, jakbyście, Drodzy Czytelnicy, nie wiedzieli). Jak dla mnie wykonany z brązu zawodnik kopiący piłkę jest nieudany, bo w ogóle wolę od pomników fontanny. Ale jak podeszłam do niego, żeby przyjrzeć się strukturze betonu, na którym go postawili, to jakiś łysy facet w koszulce z napisem „Polska” kazał mi się odsunąć, bo zdjęcie pomnikowi chciał zrobić (i najwyraźniej wolał, żeby mnie na tym zdjęciu nie było). I generalnie dało się wyczuć, że innym pomnik się podoba, a jeden pan z wąsami do swojego syna brykającego ryknął nawet: „Cicho, zachowuj się, to nie cyrk jest!”. No, nie cyrk.

I potem znowu wzdłuż Wisły chodziliśmy, ciągle mając na widoku stadion narodowy, a ja narzekałam, że wolałabym, aby był on ze stali i ze szkła, a nie z tej biało-czerwonej plecionki. I tak chodziliśmy i chodziliśmy, dziwiąc się napotykanym po drodze syrenkom poprzebieranym w barwy różnych państw europejskich. Aż trafiliśmy do strefy kibica, gdzie nie można ponoć wnosić parasolek, a ja jakoś wniosłam. I nie chcę wiele o tym mówić, to znaczy narzekać nie chcę, ale czuję, że naprawdę muszę. Dla mnie główną wadą tej całej strefy kibica nie jest nawet to, że spoceni faceci w koszulkach organizacyjnych z piwami i bez piw chodzą tam i ryczą (zresztą chodzą i ryczą też po ulicach wte i wewte), ale że tojtojami obstawili Pałac Kultury i Nauki i już nawet nie wiadomo, gdzie jest jego główne i najbardziej reprezentacyjne wejście. To jest dla mnie problem. Choć szczerze mówiąc ci ryczący i spoceni po całym mieście się przetaczający to też nie jest zbyt miły widok. Pora mi umierać, ot co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz