Czy to przez tę pełnię księżyca,
czy to przez dziwaczną ostatnio atmosferę miasta, męczą mnie przez ostatnie dni
hordy i zastępy czarnych jak smoła demonów. Miewam przez nie zaskakujące i
traumatyczne sny, gubię się w rzeczywistości widzialnej, a do tego jestem
kłótliwa. Tyle dobrze, że nie kłócę się z Mateuszem, ale to chyba tylko
dlatego, że został wywieziony przez NNa do jego narzeczonej mieszkającej w
okolicach Poznania. Za to już z samym NNem nie obyło się bez małej smsowej
kłótni o to, że znowu obcięłam dziecku włosy maszynką. Szkoda gadać.
Za to w środę poszliśmy (Piotr i ja)
na koncert, na plażę pod Mostem Śląsko-Dąbrowskim. Ten koncert się odbywał z
okazji wywrotki demokracji ludowej w Polsce, co miało miejsce – jak mówią
kroniki – 6 czerwca 1989 roku (akurat jak kończyłam z wyróżnieniem szkołę
podstawową w Mieście Pionierów nad rzeką Odrą). I tu, jak tam u nas w tym
mieście zagubionym na dalekim Zachodzie, była rzeka i był most. Występował
Tymon z Kurami oraz Brygada z Kryzysem, i to było fajne. Jednak do samego wyłączenia systemu nie dotrwaliśmy, bo mnie się już spać chciało, a po Kryzysie już tam tak atrakcyjnie być nie miało. A dnia następnego,
trochę w związku z tym (bo to mniej więcej w 1989 roku odkryłam tajemne uroki
muzyki Joy Division), obejrzeliśmy film
o Ianie Curtisie pt. Control, który z
dawien dawna spoczywał na naszym domowym Cmentarzysku Filmów. A spoczywał tam, bo
mnie się zdawało, że trudno mi go będzie oglądać i dołująco, ale okazało się, że wcale tak nie było.
Potem za to już było naprawdę piłkarsko.
Piotr mnie wywiózł aż nad Wisłę, bo chciał zobaczyć wystawiony tam pomnik Deyny
(takiego piłkarza, jakbyście, Drodzy Czytelnicy, nie wiedzieli). Jak dla mnie
wykonany z brązu zawodnik kopiący piłkę jest nieudany, bo w ogóle wolę od
pomników fontanny. Ale jak podeszłam do niego, żeby przyjrzeć się strukturze
betonu, na którym go postawili, to jakiś łysy facet w koszulce z napisem „Polska”
kazał mi się odsunąć, bo zdjęcie pomnikowi chciał zrobić (i najwyraźniej wolał,
żeby mnie na tym zdjęciu nie było). I generalnie dało się wyczuć, że innym
pomnik się podoba, a jeden pan z wąsami do swojego syna brykającego ryknął
nawet: „Cicho, zachowuj się, to nie cyrk jest!”. No, nie cyrk.
I potem znowu wzdłuż Wisły
chodziliśmy, ciągle mając na widoku stadion narodowy, a ja narzekałam, że
wolałabym, aby był on ze stali i ze szkła, a nie z tej biało-czerwonej plecionki.
I tak chodziliśmy i chodziliśmy, dziwiąc się napotykanym po drodze syrenkom
poprzebieranym w barwy różnych państw europejskich. Aż trafiliśmy do strefy
kibica, gdzie nie można ponoć wnosić parasolek, a ja jakoś wniosłam. I nie chcę
wiele o tym mówić, to znaczy narzekać nie chcę, ale czuję, że naprawdę muszę. Dla
mnie główną wadą tej całej strefy kibica nie jest nawet to, że spoceni faceci w
koszulkach organizacyjnych z piwami i bez piw chodzą tam i ryczą (zresztą chodzą
i ryczą też po ulicach wte i wewte), ale że tojtojami obstawili Pałac Kultury i
Nauki i już nawet nie wiadomo, gdzie jest jego główne i najbardziej
reprezentacyjne wejście. To jest dla mnie problem. Choć szczerze mówiąc ci ryczący
i spoceni po całym mieście się przetaczający to też nie jest zbyt miły widok.
Pora mi umierać, ot co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz