poniedziałek, 11 czerwca 2012

W gardzieli


Stara mądrość ludowa przekazuje, że przeciwieństwa się przyciągają. Zatem przyciąganie występować może, gdy jedna osoba lubi psy, a druga koty. Jednej osobie podoba się Warszawa, a drugiej osobie – Kraków. Jedna lubi jeść befsztyki, a druga wcina szpinak. Jedna słucha death metalu, a druga klasyków disco, albo nawet disco polo. Jednej osobie wiecznie zimno, a drugiej wciąż gorąco. Tak jest ten świat urządzony. Zgodnie z tym modelem, kiedy siedzieliśmy sobie – Piotr i ja – na Nowym Świecie pijąc jak gdyby nigdy nic kawę Piotr wyciągnął zza pazuchy bilety na występy Ms. Lauryn Hill i zespołu Prodigy. Wbrew zatem mojej wrodzonej skłonności do życia wedle reguł i planów, zamiast – zgodnie z zamierzeniem – sprawdzać wieczorem egzaminy ze sztuki bizantyjskiej siedząc po kocem z królikiem na kolanach, trafiłam do samej gardzieli Szatana. Na biletach był znaczek, że na stadion przy Łazienkowskiej nie wolno wnosić parasoli, więc zabraliśmy z domu kurtki przeciwdeszczowe i pojechaliśmy na to spotkanie z samym diabłem rogatym, pomylonymi kapłanami voodoo i zespołem szpitala psychiatrycznego w Tworkach, albo gdzieś. A w gardzieli Szatana padał deszcz i siąpił. Kiedy zaczęła występ Ms. Lauryn Hill nieco się poprawiło, ale przy Prodigy to już się zaczęła prawdziwa i straszna, wielka Apokalipsa.
I siedzimy w tej gardzieli Szatana, Apokalipsa dookoła, i w przerwie koncertów dzwonię do Mateusza. On się pyta: Gdzie jesteś?, Na koncercie - mówię, a Mateusz na to: A Jerzy Połomski już występował?”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz