Stara mądrość ludowa przekazuje,
że przeciwieństwa się przyciągają. Zatem przyciąganie występować może, gdy
jedna osoba lubi psy, a druga koty. Jednej osobie podoba się Warszawa, a
drugiej osobie – Kraków. Jedna lubi jeść befsztyki, a druga wcina szpinak.
Jedna słucha death metalu, a druga klasyków disco, albo nawet disco polo. Jednej
osobie wiecznie zimno, a drugiej wciąż gorąco. Tak jest ten świat urządzony.
Zgodnie z tym modelem, kiedy siedzieliśmy sobie – Piotr i ja – na Nowym Świecie
pijąc jak gdyby nigdy nic kawę Piotr wyciągnął zza pazuchy bilety na występy Ms.
Lauryn Hill i zespołu Prodigy. Wbrew zatem mojej wrodzonej skłonności do życia
wedle reguł i planów, zamiast – zgodnie z zamierzeniem – sprawdzać wieczorem
egzaminy ze sztuki bizantyjskiej siedząc po kocem z królikiem na kolanach,
trafiłam do samej gardzieli Szatana. Na biletach był znaczek, że na stadion
przy Łazienkowskiej nie wolno wnosić parasoli, więc zabraliśmy z domu kurtki
przeciwdeszczowe i pojechaliśmy na to spotkanie z samym diabłem rogatym,
pomylonymi kapłanami voodoo i zespołem szpitala psychiatrycznego w Tworkach,
albo gdzieś. A w gardzieli Szatana padał deszcz i siąpił. Kiedy zaczęła występ
Ms. Lauryn Hill nieco się poprawiło, ale przy Prodigy to już się zaczęła
prawdziwa i straszna, wielka Apokalipsa.
I siedzimy w tej gardzieli Szatana, Apokalipsa dookoła, i w przerwie koncertów dzwonię do Mateusza. On się pyta: „Gdzie jesteś?”, „Na koncercie” - mówię, a Mateusz na to: „A Jerzy Połomski już występował?”.
I siedzimy w tej gardzieli Szatana, Apokalipsa dookoła, i w przerwie koncertów dzwonię do Mateusza. On się pyta: „Gdzie jesteś?”, „Na koncercie” - mówię, a Mateusz na to: „A Jerzy Połomski już występował?”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz