środa, 20 czerwca 2012

Angielski dzień


Pomijając wizytę w wietnamskim barze umiejscowionym w baraczku na tyłach ulicy Nowy Świat, wtorek to był prawdziwie angielski dzień.  Po pierwsze poranek zaczęłam w autobusie od lektury raczej ponurych opowiadań kupionych na uniwersyteckim straganie za jedyne 8 zł pt. Mężczyzna i dwie kobiety autorstwa Doris Lessing. Po drugie (Piotr i ja) w kinie w Pałacu Kultury obejrzeliśmy film pod tytułem The Best Exotic Marigold Hotel. Sam ten postkolonialny film o (między innymi) hotelu w Indiach i mieszkających w nim angielskich emerytach, jak i jego tytuł (w polskiej wersji zresztą jakoś bez polotu skrócony) był uroczy i mądry. Potem zaś, czyli po trzecie obejrzeliśmy mecz. To znaczy ja go obejrzałam jednym okiem, a Piotr chyba bardziej dokładnie i nawet reagował pohukiwaniem w bardziej nerwowych momentach.
- Ja powinnam kibicować braciom Słowianom – powiedziałam (choć przecież nigdy nikomu nie kibicuję, bo jest mi całkiem wszystko jedno, kto wygra, jaki mecz).
- Trudno, ja będę kibicował Anglikom – rzekł Piotr.
- No i co my z tym fantem zrobimy? – zasępiłam się teatralnie (bowiem w skrytości ducha wiedziałam, że wynik meczu jest mi obojętny).
- Możemy chyba sprawy rywalizacji sportowej oddzielić od życia osobistego? – zaproponował Piotr.
I rzeczywiście, to było dobre rozwiązanie. Anglicy wygrali. Więc Piotr, jako znany miłośnik angielskości – mimo gwałtownych ataków alergii tego dnia, sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego. A mnie właściwie było wszystko jedno. Bardziej bowiem niż sprawa piłki i dwóch grup spoconych facetów latających za nią to w jedną, to w drugą stronę, zajmowały mnie w ten czerwcowy upalny wtorek kwestie uczuć, związków i relacji udanych oraz nieudanych.
W opowiadaniu pt. Zaliczona (z tomu Lessing) wyczytałam taką oto mądrość, która potem mnie prześladowała przez cały dzień, a która jakoś się i ma do filmu o hotelu w Indiach: „Jego małżeństwu stuknęła dwudziestka” – napisane tam było o pewnym panu, który pierwszą młodość miał już za sobą i z racji osamotnienia w małżeństwie swoim, podjął trud uwiedzenia pewnej scenografki: „Z początku było burzliwe, bolesne, tragiczne – seria rozstań, zdrad i czułych powrotów. Musiała upłynąć co najmniej dekada nim (…) zdał sobie sprawę, że związek w którym żył w ciągłym zdziwieniu, zarówno umysłu, jak i zmysłów, nie wyróżnia się niczym szczególnym”. I dalej: „Przeciwnie, inne znane mu małżeństwa – bez względu na to, czy chodziło o pierwsze, drugie, czy trzecie podejście – były identyczne”. Mało to wesołe i w pewnym sensie niestety (jak patrzę na ten świat) trafione. Choć lepiej założyć, że wcale niekoniecznie tak musi właśnie być, i zdrowiej przyjąć, że – jak głosiła myśl przewodnia The Best Exotic Marigold Hotel – wszystko się dobrze kończy, a jeśli nie jest dobrze, znaczy, że to jeszcze nie koniec.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz