Pomijając wizytę w wietnamskim
barze umiejscowionym w baraczku na tyłach ulicy Nowy Świat, wtorek to był
prawdziwie angielski dzień. Po pierwsze poranek
zaczęłam w autobusie od lektury raczej ponurych opowiadań kupionych na
uniwersyteckim straganie za jedyne 8 zł pt. Mężczyzna
i dwie kobiety autorstwa Doris Lessing. Po drugie (Piotr i ja) w kinie w
Pałacu Kultury obejrzeliśmy film pod tytułem The Best Exotic Marigold Hotel.
Sam ten postkolonialny film o (między innymi) hotelu w Indiach i
mieszkających w nim angielskich emerytach, jak i jego tytuł (w polskiej wersji
zresztą jakoś bez polotu skrócony) był uroczy i mądry. Potem zaś, czyli po
trzecie obejrzeliśmy mecz. To znaczy ja go obejrzałam jednym okiem, a Piotr chyba
bardziej dokładnie i nawet reagował pohukiwaniem w bardziej nerwowych
momentach.
- Ja powinnam kibicować braciom Słowianom
– powiedziałam (choć przecież nigdy nikomu nie kibicuję, bo jest mi
całkiem wszystko jedno, kto wygra, jaki mecz).
- Trudno, ja będę kibicował
Anglikom – rzekł Piotr.
- No i co my z tym fantem
zrobimy? – zasępiłam się teatralnie (bowiem w skrytości ducha wiedziałam, że
wynik meczu jest mi obojętny).
- Możemy chyba sprawy rywalizacji
sportowej oddzielić od życia osobistego? – zaproponował Piotr.
I rzeczywiście, to było dobre
rozwiązanie. Anglicy wygrali. Więc Piotr, jako znany miłośnik angielskości – mimo gwałtownych
ataków alergii tego dnia, sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego. A mnie
właściwie było wszystko jedno. Bardziej bowiem niż sprawa piłki i dwóch grup
spoconych facetów latających za nią to w jedną, to w drugą stronę, zajmowały
mnie w ten czerwcowy upalny wtorek kwestie uczuć, związków i relacji udanych
oraz nieudanych.
W opowiadaniu pt. Zaliczona (z tomu Lessing) wyczytałam taką
oto mądrość, która potem mnie prześladowała przez cały dzień, a która jakoś się
i ma do filmu o hotelu w Indiach: „Jego małżeństwu stuknęła dwudziestka” – napisane
tam było o pewnym panu, który pierwszą młodość miał już za sobą i z racji
osamotnienia w małżeństwie swoim, podjął trud uwiedzenia pewnej scenografki: „Z
początku było burzliwe, bolesne, tragiczne – seria rozstań, zdrad i czułych
powrotów. Musiała upłynąć co najmniej dekada nim (…) zdał sobie sprawę, że
związek w którym żył w ciągłym zdziwieniu, zarówno umysłu, jak i zmysłów, nie
wyróżnia się niczym szczególnym”. I dalej: „Przeciwnie, inne znane mu małżeństwa
– bez względu na to, czy chodziło o pierwsze, drugie, czy trzecie podejście –
były identyczne”. Mało to wesołe i w pewnym sensie niestety (jak patrzę na ten świat)
trafione. Choć lepiej założyć, że wcale niekoniecznie tak musi właśnie być, i zdrowiej
przyjąć, że – jak głosiła myśl przewodnia The
Best Exotic Marigold Hotel – wszystko
się dobrze kończy, a jeśli nie jest dobrze, znaczy, że to jeszcze nie koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz