piątek, 13 lipca 2012

Piątek, 13


Bilans dnia 13 lipca, przypadającego pechowo w piątek:

Godziny bez wody w kranie: 5;

Druki awizo w skrzynce, zostawione przez listonosza mimo obecności w domu adresata: 1;

Dziurawe dętki w kołach rowerowych: 2;


Zepsute płyty z muzyką: 1;

Zęby przeznaczone do wyrwania: 1;

Godziny poświęcone na oswajanie zdziczałego królika: 0,5;

Nowe dętki w kołach rowerowych: 2;

Telefony od Mateusza: 2;

Kilometry przejechane na rowerze: 322;

Kawy i ciastka: 2 + 2;

Przeczytane uważnie artykuły o ekologicznych ślubach i weselach: 1;

Minuty spędzone w kolejce na poczcie: 63;

Bezsensowne listy o niczym od wysokich organów państwowych: 1.

czwartek, 12 lipca 2012

Poczucie bezpieczeństwa

Po powrocie z Ziem Odzyskanych królik od kilku dni z trudem dochodzi do siebie. Leży z obrażoną miną, w pozie dobermana i z niechęcią odpowiada na przyjazne zaczepki domowników. Może to trauma po podróży, a może – efekt utraty poczucia bezpieczeństwa, również będący rezultatem przemieszczania się z miejsca na miejsce.
Spotkałam się z G. oraz T. Spędziłyśmy miłe popołudnie między ulicami Bracką a Szpitalną wyrzekając mniej lub bardziej na rodzaj męski. Heteroseksualni mężczyźni są – co stwierdziłyśmy mało odkrywczo – innym rodzajem istot ludzkich i zwyczajnej kobiecie z takim rodzajem nie jest łatwo dojść do ładu. Przypomniałyśmy sobie wprawdzie o paru takich, którzy są inni, niezawodni i stali, i przedkładają interesy swoich kobiet i dzieci ponad własne. Właściwie o jednym takim sobie przypomniałyśmy, i całkiem nas to podbudowało.
- Ale – powiedziała z drwiną G. – czy ty byś chciała, moja droga, być na miejscu tej jego żony?
- No nie – odparłam ponuro – wiadomo, że bym nie chciała. Ale wyznać muszę – zaczęłam wyznawać po jakimś czasie – bardzo dotkliwie mi przeszkadza, że mężczyźni, którzy wydają się mi atrakcyjni, nie stwarzają poczucia bezpieczeństwa. A wręcz nawet odwrotnie.
- No chyba ty żartujesz – prychnęła G. – sama sobie stwarzasz poczucie bezpieczeństwa. Chyba nie powiesz, że mężczyzna do tego potrzebny?
I znów byłam zmuszona jej przyznać rację, bo to były święte słowa.

Pół wieczoru spędziłam wywabiając zmywaczem do paznokci plamę od długopisu z kieszeni spodni Piotra, którą wcześniej próbowaliśmy usunąć przy pomocy rozmaitych domowych metod. A rankiem, po przebudzeniu, z satysfakcją stwierdziłam, że plamy prawie nie ma, niestety jednak tusz z długopisu na stałe zabarwił moje ręce, a nawet łokcie i przedramiona. Zaraz potem zadzwonił Mateusz, spędzający wakacje na odległej wsi:
- Mamo, mamo! była u was burza wczoraj? – zapytał, mocno zaaferowany.
- Nie – odpowiedziałam – a u ciebie?
- U mnie była i piorun mógł uderzyć w dom i wszystko mogło się spalić – oznajmił.
- Ale się nie spaliło? – zapytałam.
- Nie, jakoś nie – odparł ponuro Mateusz.

wtorek, 10 lipca 2012

Trud i znój



Sezon ogórkowy trwa. Nie czytam wiadomości w gazecie, nawet horoskop zaczynam omijać, bo mnie ciągle ostatnio zawodzi (zapowiadał dużą wygraną, więc postawiłam 9 zł w totolotka, a tu nic) i (z wiadomych już tylko sobie powodów) nie zaglądam zbyt często do rubryki matrymonialnej. Nawet na NNa staram się nie denerwować (choć niełatwo mi to przychodzi). Z dużym za to zapałem czytam to, co sama napisałam przez ostatnich parę wiosen, zim i jesieni, czasem w trudzie, czasem w znoju, a znacznie rzadziej porywana przez skrzydła literackiej weny. A mianowicie dość rozwlekłą rozprawę o świętych relikwiach, świętych obrazach i rożnych innych świętych przedmiotach, które nie wiadomo do czego służą. O tym jak wyglądają, jaką miewają konsystencję, i jakie wonie wydzielają.

Kiedy się dzisiaj temu dziełu przyglądam, wydaje mi się, że ma wiele wiele stron, może ze 300. Jeśli dobrze pamiętam zajęło mi to z 5 lat. Więc, jak  to wszystko skrzętnie przeliczyć, wychodzi, że rocznie pisałam 60 stron, miesięcznie – 5 stron, a dziennie 0,2 strony, czyli jakieś 5 linijek tekstu. Jest z tego morał, którego mądrość sieje spustoszenie w mojej biednej głowie dzisiaj od samego bladego świtu: Lepiej robić małe kroczki do przodu, niż nie robić ich wcale i lepiej iść, niż nie ruszać się z miejsca. Lecz dokąd się idzie, ruszywszy z tego miejsca, to już całkiem inna historia.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Sezon ogórkowy


Świeci słońce, a nawet jest gorąco i wszyscy narzekają. A my odwrotnie – sprawiliśmy sobie leżaki i odpoczywamy na balkonie wielkości chustki do nosa, spożywając hektolitry lodów. W piątek z Ziem Odzyskanych powrócił Mateusz z królikiem. Mateusz jakby większy i królik jakby większy. Mateusz rozbrykany i pohukujący, królik – odwrotnie: jakiś wymiętolony i lekko osowiały. Mateusz – ekspansywny; królik – tylko kombinuje jakby tu wleźć pod łóżko, chowając się przed całym światem. W sobotę zobaczyliśmy w kinie Epokę lodowcową 4, potem obejrzeliśmy mecz tenisowy na Wimbledonie, jedząc – zgodnie z wimbledonowskim podobno obyczajem – truskawki z bitą śmietaną. Jak się mecz skończył odwiedziliśmy Ogród Saski, „Kafkę”, nadwiślańskie bulwary i zobaczyliśmy fontannowy pokaz „światło i dźwięk” na Podzamczu. W drodze powrotnej Mateusz śpiewał pieśni według własnych pomysłów i znane ze szkoły utwory o tematyce wakacyjnej. I bardzo byliśmy zadowoleni z tego długiego dnia, za wyjątkiem może jedynie królika, który (gdy wreszcie wróciliśmy do domu) udawał, że ma muchy w nosie. Może przeczuwał, że jego główny właściciel i opiekun go wkrótce opuści, wyjeżdżając do odległej wsi pod Hrubieszowem? Wreszcie Mateusz wyjechał i w ten sposób rozpoczął się prawdziwy sezon ogórkowy.

środa, 4 lipca 2012

Burze i niepokoje

Upały, burze, grzmoty, pioruny i gradobicia. Wszystko jednak ma nie tylko swój początek, ale ma też koniec. Choć akurat burze, pioruny i gradobicia – jak trafnie zauważył Piotr – mają miejsce nadzwyczaj cyklicznie. Zaczynają się i kończą, a potem wracają i tak w koło. Tłuką się grzmoty, błyskawice rozdzierają niebiosa i dusze, a one krwawią.

Z samego rana zadzwoniłam do Mateusza, który w dalszym ciągu przebywa w Mieście Pionierów.
- Była u ciebie wielka burza? – zapytał z wyraźnym zainteresowaniem.
- Tak i to jaka… – odparłam, z grozą wspominając poprzedni dzień.
- To się przygotuj, że dziś też taka będzie. W telewizorze widziałem – rzekł posępnie.

„No to ja dziękuję” – myślę sobie. Tymczasem mój horoskop brzmi tak: „Dzisiaj masz wielka szansę, aby znaleźć wymarzonego partnera czy partnerkę. Uważnie rozglądaj się w drodze do pracy”. Obiecujące. Jednak, jak sobie przypominam w drodze do pracy siedziałam obok zwalistego i – co tu kryć – nieprzyjemniego z wyglądu gościa, którego ręce pokryte były tatuażami wilka morskiego, naprzeciw mając osobę nieokreślonej płci o dziwnym wyrazie twarzy i mówiącą do siebie, która odziana była w gacie z dekoracją w małpki. Chyba dam sobie spokój z czytaniem horoskopów.

wtorek, 3 lipca 2012

Sen o końcu świata


Po zakończeniu piłkarskich igrzysk okolice Pałace Kultury i Nauki wyglądały jak po przetoczeniu się barbarzyńskich zastępów i wybuchu bomby wodorowej, a w pobliskim kinie grali Cosmopolis. Bardzo to było smutne i przygnębiające tak oglądać, jak urządzony jest ten świat i do czego wszystko to zmierza. Więc smutek i przygnębienie towarzyszyły mi jeszcze długo po opuszczeniu sali kinowej. Kiedyś, będąc dzieckiem, śmiałam się z babci, która nie mogła spać w nocy, z powodu zamartwienia dziećmi głodnymi w Afryce, a teraz mnie samą spotyka coś podobnego. W nocy miałam sen, którego scenerią był Wielki Kryzys i Koniec Świata, a który wypełniali różni moi koledzy z pracy rozmawiający ze mną na przedziwne tematy. Ale mimo że we śnie moim panował kryzys i wszystko przyćmiewała wizja katastrofy, a więc dotyczył ten sen spraw wielkiej wagi, głównie z niego pamiętam nagły stres związany z odkryciem, ze jestem bardzo bardzo gruba: Taki moment, że nagle patrzę na swoje nogi, ręce i korpus, a one wszystkie zaczynają przypominać wielkie balony, a ja sama jestem olbrzymim stutonowym cielskiem wierzgającym rozpaczliwie i nigdzie się nie mieszczącym. I tak to męczyłam się i męczyłam, aż wreszcie o 6 zadzwonił budzik, ratując mnie ze wszystkich zmyślonych opresji. A rano przeczytałam swój horoskop na dziś: „To ważny dzień. Dzisiaj w twoim otoczeniu zajdą istotne zmiany, które wpłyną na jakość twojego życia”. Postanowiłam więc sprawdzić w senniku, co znaczy: „śnić o byciu grubym” i okazało się, że wieści to bogactwo, pomyślność i szczęście.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Kino Kosmos


Zaraz po zakończeniu roku szkolnego odbyliśmy wycieczkę do Szczecina, której celem było odtransportowanie tam Mateusza i jego wiernego przyjaciela, królika. Przy okazji zapoznaliśmy się z atrakcjami miasta za Odrą, do których zaliczyć należy: wieżę kościoła św. Jakuba, na którą wjeżdża się windą, pomnik powielacza na jednym z głównych skwerów, koło Bramy Portowej oraz najstarsze – podobno – kino na świecie, w którym obejrzeliśmy dziwny film francuski pt.  Czarodziejka. Może i nie budził on zachwytu i nie oglądało się go z zapartym tchem, ale za to jak znalazł pasował do tego miejsca, bo był mocno nierzeczywisty, a do tego starodawny w formie. Mimo wielu prób przypomnienia sobie, jak to kiedyś było, nie udało mi się dociec, kiedy wcześniej i na jakim filmie byłam w kinie Pionier. A prawdziwe łzy wzruszenia mnie zalały, kiedy stanęłam przed elewacją całkiem upadłego kina Kosmos, gdzie po raz pierwszy widziałam E.T. i Imperium kontratakuje. Kiedyś pod tym kinem stała kolejka chętnych, żeby uzyskać bilet uprawniający do wejścia, dziś przed nim stoją tylko jakieś baraki, siedzą ludzie i piją piwo. A mieszkańcy Miasta Pionierów utyskują, że Kosmos wpisano na listę zabytków i teraz zburzyć go nie można. Może dlatego kolejnej nocy, miałam koszmarny sen, którego treści jednak niestety nie pamiętam.