środa, 1 sierpnia 2012

Wydmowy las

„Czy Hel jest na początku Polski, czy na końcu?” – to pytanie, na które bezskutecznie próbujemy sobie odpowiedzieć z Mateuszem. Zastanawiając się nad tą kwestią idziemy przez wydmowy las:
- Mhmhwrrrrrr – mówi Mateusz.
- Co to takiego? – na to ja.
- No co co? – odpowiada Mateusz – co to mogłoby być za zwierzę?
- Może ryś, a może wilk – mówię.
-  A gdyby to był wilk i tu przyszedł, to co byś zrobiła? Gdyby nas zaatakował, broniłabyś mnie? – zagaduje dociekliwie Mateusz.
- Pewnie – odpowiadam bez wahania.
- I co, oddałabyś za mnie życie? – nie ustępuje mój syn.
- Oddałabym – mówię.
- No to pięknie dziękuję, jak ja bym potem musiał żyć bez matki!

sobota, 28 lipca 2012

Forty

Wreszcie jest bardzo ciepło i słonecznie. Tak bardzo ciepło i słonecznie, że nasz domowy królik, który jest zwierzątkiem futerkowym leży całymi dniami w kącie z wywieszonym językiem, niby pingwin podczas niefortunnej wizyty u kuzynostwa w strefie równikowej.

Te ostatnie dni i dla mnie nie były zbyt fortunne, a to z powodu nazbyt pochopnie usuniętego zęba, który to zabieg odebrał mojemu obliczu szlachetny wygląd, a mojej duszy możliwość obszernego wypowiadania się. Było mi słabo i tak źle, że aż nie mogłam jeździć na rowerze. Ponieważ jednak wszystko ma jakiś kres, to i ja wreszcie wydobrzałam, do tego stopnia, że mogłam się dziś przejechać na rowerze. W związku z tym odbyliśmy – Piotr i ja – wycieczkę do Fortu Okęcie. Tym samym, w ciągu ostatnich dwóch tygodni, zwiedziliśmy trzy z warszawskich fortów:

a)      Fort Włochy: Na jego terenie spotkaliśmy ludzi z agresywnymi psami i amatorów mocnych trunków oraz poszukiwaczy skarbów z wykrywaczami metali. Część fortu jest zamknięta i ktoś tam trzyma rakietę i kilka czołgów. „To jacyś faszyści, mówię ci” powiedziałam Piotrowi i zaczęłam się rozwodzić nad tym, jak to ja takich faszystów wszędzie rozpoznam. Niestety, jak sprawdziliśmy, okazało się, że to nie żadni faszyści, tylko jacyś miłośnicy historii i militariów, nie planujący rozpętania III wojny światowej.

b)      Fort Chrzanów: Tam z kolei trafiliśmy na grupę przebranych w stroje wojskowe młodzianów. Na nasz widok zakrzyczeli: „Uwaga! Cywile!” i przestali do siebie strzelać na niby z kabekaesów, czy tego, co tam mieli. Próbowałam się do nich uprzejmie uśmiechnąć, ale zdaje się, że reguły kindersztuby były im całkiem obce, bo chwilę później zagrozili, że mogą zacząć strzelać do nas, więc się zapobiegliwie stamtąd oddaliliśmy.

c)       Fort Okęcie: do środka w ogóle nie dotarliśmy (pomijając boisko, na którym pograliśmy próbnie w kometkę, niedługo wcześniej zakupionymi paletkami), za to wdaliśmy się w konflikt z parkingowym, który był przekonany, że przybyliśmy tam po to, by rysować gwoździem karoserie stojących tam samochodów. A my niestety nie mieliśmy przy sobie gwoździ.

czwartek, 26 lipca 2012

Ząbek

Ponieważ jestem bardzo zapobiegliwa i mam zwyczaj chuchać na zimne, postanowiłam poddać się zabiegowi usunięcia zęba – zęba numer osiem, ściśle rzecz ujmując. Ząb ów mi nie doskwierał, ale ciągle myślałam, że pewnie kiedyś zacznie, i wówczas nieszczęście gotowe. W tym celu, ażeby pozbyć się potencjalnego niebezpieczeństwa i uniknąć przyszłego bólu, spotkałam się z doktorem od zębów, który żwawo zabrał się do swojej pracy, to znaczy podważania, wykręcania i młotkowania nieszczęsnego ząbka. Te wstępne zabiegi  trochę trwały, a tymczasem do sąsiedniego gabinetu weszła jakaś pani z dzieckiem noszącym imię, jak się wkrótce okazało, Kubuś.
- Kubusiu, otwórz buzię – dobiegł głos zza drzwi.
- Nie nie nie! – wrzasnął Kubuś.
I się zaczęło. Dentystka zajmująca się Kubusiem wydawała z siebie pocieszają odgłosy, mama Kubusia prośbą i groźbą próbowała nakłonić go do kolejnych czynności, zmierzających do zaplombowania chorego zęba, a Kubuś darł się wniebogłosy, jakby go odzierali ze skóry lub palili na stosie przygotowanym przez  Świętą Inkwizycję. W tym czasie mój doktor trudził się nad nieszczęsnym zębem i z każdą chwilą wyglądał na coraz bardziej strudzonego, a z biegiem czasu zaczął też wyglądać na sfrustrowanego.  Tymczasem Kubuś wrzeszczał i lamentował, krzyczał i ryczał, jakby mu wyrywali odnóża. Wreszcie po 40 minutach, podczas których doktor wytrwale mocował się z moją ósemką, wszystko nagle ucichło:
- Byłeś bardzo dzielny – powiedziała mama Kubusia, a jego dentystka też coś powiedziała, ale nieco mniej pochwalnego.
Po chwili wkroczyła do gabinetu, w którym mój doktor powoli odchodził od zmysłów, trudząc się, ciągnąc i podważając, niestety jednak bez trwałych efektów.
- Ale masz grzeczną pacjentkę – powiedziała ze szczerym podziwem dentystka, a doktor przyznał jej rację i chyba go to zmotywowało, bo wreszcie po długich chwilach rozpierania i podważania wydobył mój ząb na powierzchnię.
- Jaki ładny ząbek – powiedziała dentystka i oboje, za moimi plecami zaczęli go podziwiać, a także analizować jego budowę.
- A czy ja też mogę zobaczyć? – zapytałam  i okazało się, że owszem mogę.
- Ale nie wystraszy się pani? – zapytał doktor, a kiedy zaprzeczyłam i przystąpiłam do oglądania zarechotał: - A może pani go chce na pamiątkę?
- Nie, dziękuję – odparłam z godnością, tracąc w ten sposób na zawsze szansę, by w zamian otrzymać atrakcyjny dar od Wróżki Zębuszki. W gabinecie zapanowała krępująca cisza.
- A czy w takim razie, eeee – powiedziała dentystka Kubusia – czy ja mogłabym go dostać?
Doktor spojrzał mi głęboko w oczy.
- Nie ma pani nic przeciwko? – zapytał.
- No skądże, jeśli pani się przyda, to proszę bardzo – odparłam z nadmiernym może entuzjazmem. Po czym dentystka Kubusia, podziękowawszy wylewnie, zawinęła mój bezpowrotnie utracony ząb w chusteczkę i udała się  w sobie jedynie znanym kierunku.
A ja powlokłam się do domu, bez zęba, za to w stanie narastającej maligny, wyobrażając sobie już do końca dnia – co ona zrobi z moim zębem?

poniedziałek, 23 lipca 2012

Na koloniach


Mateusz jest na koloniach i codziennie rozmawiamy przez telefon.


- Co robicie? – zapytałam go dzisiaj.
- A byłaś kiedyś na koloniach? – odpowiedział pytaniem na pytanie mój syn.
- No byłam, byłam – odparłam.
- To chyba wiesz, co się robi na koloniach! – zawołał Mateusz triumfalnie.

niedziela, 22 lipca 2012

Pourodzinowa wizyta w Tworkach


Dzień urodzin minął mi niespostrzeżenie. To znaczy, że mimo że to jest z zasady dość emocjonalnie tradne wydarzenie (zwłaszcza jak się ukończyło nieodwołalnie 30, a potem 35 lat), tym razem obyło się bez zabarwionych traumą i melancholią rozmyślań oraz rozterek za tym idących, a dotyczących nie wiadomo właściwie czego. W okolicach tego dnia odbyliśmy wraz z Piotrem kilka rowerowych wycieczek, w tym jedną – niedzielną (22 lipca, tak tak) – której trasa zawiodła nas do Tworek, gdzie z oddali ujrzałam kościół, który mnie natchnął taką oto ostateczną myślą, że gdybym kiedykolwiek musiała, czy też potrzebowała dokonać jakiegoś kościelnego aktu rytualnego, to tylko i koniecznie tam. Przyszpitalny kościół w Tworkach, Dzieci moje, jest bowiem cerkwią wystawioną na początku ubiegłego stulecia, w dodatku  w stylu bardzo wdzięcznie naśladującym dokonania architektury ormiańskiej. A ja tu mieszkam tyle lat, kilka kilometrów od takiego miejsca, i nic nie wiem o tym! I pomyślałam także, że gdyby los mnie zawiódł jeszcze do tych Tworek, z powodu rozwinięcia się jakiejś niezdrowej przypadłości umysłowej, czy duchowej, to mogłabym wtedy napisać wielce uczoną monografię owego kościoła. A rodzina bliższa i dalsza odwiedzałaby mnie przywożąc kompoty i inne frykasy. Te wszystkie wizje natchnęły mnie jakąś niespotykaną dotąd pourodzinową świetlaną wizją czasów przyszłych.

środa, 18 lipca 2012

Kolonie i horrory

Mateusz pojechał na pierwsze w życiu kolonie zuchowe, zabierając ze sobą dwa plecaki (duży i mały), wypełnione różnymi rzeczami, wśród których znalazł się także obrzędowy strój indiański.
W przeddzień nie obyło się bez trzech, czy czterech krótkich, ale siarczystych awantur z NNem przez telefon. Sama je niestety zaczęłam wypominając mu, że sprzedał samochód nic mi o tym nie mówiąc. A potem już lawina ruszyła i było coraz gorzej i gorzej, straszniej i straszniej. Na nic mi to było, bo samochód do niczego mi niepotrzebny, podobnie jak i walki z NNem. Więc może to przez te długie miesiące, ciągnące się jak guma od majtek, w trakcie których nie mogę się wyzwolić z małżeńskiego uścisku NNa. Może to przez wizję kolejnych dwóch miesięcy, które trzeba czekać na następną rozprawę, kolejnych druków awizo wrzucanych przez listonoszów z przedziwną regularnością do mojej skrzynki, a może zbliżających się jak chmura gradowa urodzin, objawień Matki Boskiej, dziejących się na całym świecie, może przypadającego właśnie nowiu, może tego Mateuszowego wyjazdu, albo po prostu wina mojego złego charakteru. W każdym razie na sam koniec, trudno powiedzieć za co, dostało się i królikowi, i Piotrowi. 
Na szczęście, jak w horrorze klasy D, dzisiejszy dzień od godziny 5.00 był dokładną odwrotnością wczorajszego koszmaru. O 6.30 zuchy zebrały się na Dworcu Centralnym, a pląsając i pohukując cieszyły się zwłaszcza z tego, że będą spać w namiotach i pokrzykiwały, czego to one nie będą w tych namiotach wieczorami wyczyniać. Dość sympatyczne było niezobowiązujące zaproszenie Mateusza, żebym wybrała się razem z zuchami i spała z nimi w tym namiocie harców i zabaw, ale grzecznie odmówiłam. Wreszcie o 7.30 wszystkie zuchy zapakowały do pociągu TLK i wyruszyły w siną dal, to znaczy w stronę Piotrkowa Trybunalskiegio, na całe półtora tygodnia. 
                                                                                                                                                                          

sobota, 14 lipca 2012

Sen o króliku

W nocy śnił mi się królik i różne z nim związane prace porządkowe oraz zabawy. Ale głównie zapamiętałam z tego snu taki obrazek: siedzę naprzeciwko królika, on otwiera paszczę i wtedy widzę, że wszystkie zęby ma on zaplombowane, metalowymi plombami, dokładnie takimi, jakimi dentyści łatali zęby w PRLu.

Tknięta dziwnym przeczuciem zadzwoniłam do Mateusza:

- Co u ciebie synku? – pytam.

- Nieźle – powiada – mieliśmy tu trzęsienie ziemi i dom prawie się zawalił.

- Tak? – pytam dalej, ale już z pewnym niedowierzaniem.

- A potem wybuchł wulkan – kontynuuje mój syn.

- No naprawdę – mówię – ale mam nadzieję, że nic ci się nie stało. Jak się czujesz?

- Dobrze – rzecze Mateusz.