środa, 27 czerwca 2012

Lekarz od gryzoni

Nadciągający koniec roku szkolnego sprzyja refleksjom nad przyszłością.
- To ile mi tej nauki jeszcze zostało? – zastanawia się Mateusz.
- Chyba sporo – mówię tonem ostrożnym.
- Dobrze, to policzmy. Jeszcze cztery lata szkoły podstawowej… a potem co?
- Potem to raczej gimnazjum – odpowiadam.
- A ile to lat? – pyta.
- Chyba trzy. No a potem może być liceum i następne trzy.
- To zaraz zaraz – Mateusz liczy te kolejne lata – zostało mi jeszcze 10 lat chodzenia do szkoły! Ale zobacz, że podstawowa jest najdłuższa! A ile trwają studia? – dopytuje.
- Większość trzy, a potem jeszcze dwa lata.
- To razem pięć?
- No tak.
- A na jakie studia mam iść? Bo już mi się odechciało był leśniczym – powiada Mateusz.
- Na takie – mówię – na jakie będziesz chciał, jak ci serce będzie podpowiadało. I co będziesz lubił najbardziej.
- Ja najbardziej lubię zwierzęta.
- To może zostaniesz weterynarzem!
- Jak nasz doktor Dolittle! – cieszy się Mateusz, ale zaraz posępnieje – Jak mogę być weterynarzem, kiedy się boję psów?
- Za tych kilkanaście lat – mówię uspokajająco – to może się już ich nie będziesz bał.
- Hmm – marszczy brwi Mateusz – wiesz co, mam lepszy pomysł. Zostanę lekarzem od gryzoni.
- Od gryzoni?
- Tak, będę leczył tylko gryzonie: chomiki, świnki morskie, szczury i króliki. Dobry pomysł co?
- Niezły, wcale niezły – mówię.
- Piotr! Piotr! a wiesz, że ja zostanę lekarzem od gryzoni?! – woła optymistycznie Mateusz – Będę leczył chomiki, świnki, szczury i króliki!

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Energia

Weekend minął nam na wycieczkach rowerowych, krótszych i dłuższych, które jednak wszystkie się kończyły w świętym kręgu kamiennym, który swego czasu władze naszej dzielnicy ustawiły obok jednego z placów zabaw przy ulicy Dzieci Warszawy. To że przy placu zabaw i jeszcze przy kościele niedalekim wzbudziło swego czasu protesty bardziej tradycyjnych mieszkańców. Mimo to jednak nie udało się im znieść kamiennego kręgu, który już od kilku dobrych lat dobroczynnie energetyzuje tych, którzy doń przychodzą, a i tych co niechcący w pobliżu niego staną, nic nawet nie wiedząc, że jest w okolicy jakiś krąg.

Kosmiczna energia płynąca z owych narzutowych głazów bardzo mi się przydała wobec nerwowej atmosfery wytworzonej przez NNa, który od czwartku uparcie telefonicznie domagał się, żeby Mateusz mu przyniósł obrazek, który kilka dni temu wykonał w szkole. Piaskowy i bardzo kolorowy obrazek przedstawia serce i motylka oraz kwiatek. Stoi u mnie na półce, zasłaniając zestaw ponurych płyt Interpolu.
- Dobrze, przyniosę – powiedział NN Mateusz siedząc po uszy w pianie wypełniającej wannę, podczas gdy ja trzymałam nad głową telefon, by mógł rozmawiać i zwrócił się do mnie – mamo, muszę ten obrazek zanieść tacie.
- Jak to? – zapytałam nie bez urazy – przecież mi go dałeś!
- Ale tata mówi, że mam jemu go dać – odparł rezolutnie Mateusz po wyjściu z kąpieli, co stanowiło zaczyn do niewielkiej kłótni między nami W trakcie tej kłótni ja powiedziałam, może nazbyt pochopnie, że nie potrzebuję żadnego obrazka i jeśli chce może go zabrać, a Mateusz, że jednak woli, żebym go zatrzymała i nigdzie go nie zabiera, tylko czy aby na pewno pozwolę mu obejrzeć wieczorem mecz. Kłóciliśmy się tak z wdziękiem, aż wreszcie Piotr z właściwą sobie pogodą ducha oznajmił, że w takim razie to on przyjmie sporny obrazek. No i tak od słowa do słowa wreszcie jakoś się pogodziliśmy, a obrazek został na swoim miejscu.
Jednak następnego dnia napisał do mnie NN:
„Mateusz miał dla mnie jakiś prezent, który sam wykonał, ale podobno nie chcesz go wydać, przykre....”
Odpisałam NNowi niezwłocznie: „Na obrazku, który jest przedmiotem tego sporu napisane jest: „Kochana Mamo dziękujem za Twoją miłość. Mateusz” (żebyś nie miał wątpliwości wysyłam Ci zdjęcie). Czy chcesz, żeby Mateusz skreślił „Kochana Mamo” i napisał „Kochany Tato”, a następnie przyniósł Ci obrazek?”. Ta korespondencja miała jeszcze dalszy swój, równie błyskotliwy ciąg. Mimo jednak jej dynamiki Ziemia jak kręciła się wokół Słońca, tak się kręci, Księżyc jak wędrował po nieboskłonie, tak wędruje, a święty kamienny krąg na Dzieci Warszawy – jak stał, tak i stoi.

piątek, 22 czerwca 2012

Zakupy

Poszliśmy z Mateuszem do dentysty, a potem do sklepu. Zrobiliśmy zakupy, poszliśmy do kasy, pakujemy.

Mateusz (niewinnym głosem): To ja już może pójdę? Poczekam na ciebie przed sklepem…

ja (lekko zirytowana): Hola! Gdzie? To są też chyba twoje zakupy.

Mateusz (uspokajająco): Dasz radę, mamo. Trzeba wierzyć w siebie.

środa, 20 czerwca 2012

Angielski dzień


Pomijając wizytę w wietnamskim barze umiejscowionym w baraczku na tyłach ulicy Nowy Świat, wtorek to był prawdziwie angielski dzień.  Po pierwsze poranek zaczęłam w autobusie od lektury raczej ponurych opowiadań kupionych na uniwersyteckim straganie za jedyne 8 zł pt. Mężczyzna i dwie kobiety autorstwa Doris Lessing. Po drugie (Piotr i ja) w kinie w Pałacu Kultury obejrzeliśmy film pod tytułem The Best Exotic Marigold Hotel. Sam ten postkolonialny film o (między innymi) hotelu w Indiach i mieszkających w nim angielskich emerytach, jak i jego tytuł (w polskiej wersji zresztą jakoś bez polotu skrócony) był uroczy i mądry. Potem zaś, czyli po trzecie obejrzeliśmy mecz. To znaczy ja go obejrzałam jednym okiem, a Piotr chyba bardziej dokładnie i nawet reagował pohukiwaniem w bardziej nerwowych momentach.
- Ja powinnam kibicować braciom Słowianom – powiedziałam (choć przecież nigdy nikomu nie kibicuję, bo jest mi całkiem wszystko jedno, kto wygra, jaki mecz).
- Trudno, ja będę kibicował Anglikom – rzekł Piotr.
- No i co my z tym fantem zrobimy? – zasępiłam się teatralnie (bowiem w skrytości ducha wiedziałam, że wynik meczu jest mi obojętny).
- Możemy chyba sprawy rywalizacji sportowej oddzielić od życia osobistego? – zaproponował Piotr.
I rzeczywiście, to było dobre rozwiązanie. Anglicy wygrali. Więc Piotr, jako znany miłośnik angielskości – mimo gwałtownych ataków alergii tego dnia, sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego. A mnie właściwie było wszystko jedno. Bardziej bowiem niż sprawa piłki i dwóch grup spoconych facetów latających za nią to w jedną, to w drugą stronę, zajmowały mnie w ten czerwcowy upalny wtorek kwestie uczuć, związków i relacji udanych oraz nieudanych.
W opowiadaniu pt. Zaliczona (z tomu Lessing) wyczytałam taką oto mądrość, która potem mnie prześladowała przez cały dzień, a która jakoś się i ma do filmu o hotelu w Indiach: „Jego małżeństwu stuknęła dwudziestka” – napisane tam było o pewnym panu, który pierwszą młodość miał już za sobą i z racji osamotnienia w małżeństwie swoim, podjął trud uwiedzenia pewnej scenografki: „Z początku było burzliwe, bolesne, tragiczne – seria rozstań, zdrad i czułych powrotów. Musiała upłynąć co najmniej dekada nim (…) zdał sobie sprawę, że związek w którym żył w ciągłym zdziwieniu, zarówno umysłu, jak i zmysłów, nie wyróżnia się niczym szczególnym”. I dalej: „Przeciwnie, inne znane mu małżeństwa – bez względu na to, czy chodziło o pierwsze, drugie, czy trzecie podejście – były identyczne”. Mało to wesołe i w pewnym sensie niestety (jak patrzę na ten świat) trafione. Choć lepiej założyć, że wcale niekoniecznie tak musi właśnie być, i zdrowiej przyjąć, że – jak głosiła myśl przewodnia The Best Exotic Marigold Hotel – wszystko się dobrze kończy, a jeśli nie jest dobrze, znaczy, że to jeszcze nie koniec.   

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Na ulicy Chmielnej

Mateusz chciał iść do restauracji Magdy Gessler. Więc poszliśmy do jej lokalu na ulicy Chmielnej. Kupiliśmy kawę, czekoladę z bitą śmietaną i dwa ciastka – florentynkę i ciastko owsiane.  
Po zajęciu stolika rozejrzeliśmy się dokoła, a Mateusz pokręcił nosem:
- Za zielono tu – powiedział – Jak twoja kawa? – zapytał uprzejmie.
- Niezła – odrzekłam – a twoja czekolada?
- Bita śmietana jest zbyt kwaśna – stwierdził i napił się z kubeczka – a czekolada zbyt… czekoladowa – dodał.
- Zbyt czekoladowa? – zapytałam.
- Tak – pokiwał głową i sięgnął po ciastko – Zbyt twarde i coś w nim jest w środku – powiedział, po czym zaczął z uwagą przyglądać się ciastku.
- Spróbuj tej florentynki – powiedziałam zachęcająco.
- Nie nie, już dziękuję – popatrzył znad okularów – i wiesz co? – zapytał.
- No co? To znaczy słucham? – zapytałam ja.
- Tu ktoś powinien przyjść do tej restauracji i zrobić z tym wszystkim porządek. A na razie, to my idziemy – zakomenderował. I poszliśmy.

sobota, 16 czerwca 2012

Czesi

Mateusz: Mamo, a po której stronie byli Czesi  w II wojnie światowej?
ja: Jak to po której?
Mateusz:  Po naszej stronie z Rosją i Ameryką, czy po stronie Niemiec?
ja: Niemcy okupowali Czechy i Czesi nie mogli za bardzo walczyć...
Mateusz: Hmm. A w bitwie pod Grunwaldem? Po której stronie – po naszej, czy po stronie Niemiec?
ja: Po naszej.
Mateusz: Uff… całe szczęście.

Wróżbita

Nasz królik, podobnie jak wiele innych zwierząt w Polsce, usiłuje wytypować wynik meczu Polska – Czechy. Niestety za każdym razem wychodzi mu, że to Czechy, choć z niewielką przewagą, odniosą zwycięstwo. Podejrzewaliśmy więc, że może coś z nim jest nie w porządku i poszliśmy do zwierzęcego lekarza. Nasz dr Dolittle przyjął nas, jak zwykle, w uśmiechach. Zajrzał Michałowi w oczy, uszy i do nosa, posłuchał jak bije jego serce i orzekł, że królik jest wręcz wzorowo zdrowy, że jest piękny i okazały, a my jako jego hodowcy zasługujemy na gratulacje.
- My też jesteśmy z niego bardzo zadowoleni – powiedziałam – jest bardzo sympatycznym i towarzyskim zwierzątkiem, tylko…
- Dużo sra – dopowiedział rezolutnie Mateusz.
- No cóż – rzekł dr Dolittle rozpływając się w uśmiechach – właściciel królika musi się do tego przyzwyczaić.
I wszyscy pokiwaliśmy głowami.
Po stwierdzeniu, że królik znajduje się w pełni sił witalnych, w piątkowy wieczór i sobotni poranek Mateusz dwukrotnie poddał Michała próbie wróżenia i za każdym razem wyrażał on poparcie dla czeskiego zwycięstwa. Wreszcie Mateusz stwierdził, że w tej sytuacji on też będzie kibicował Czechom:
- Jak to? – zapytałam nieco skonfundowana, wyobrażając już  sobie, jak mój synek będzie chodził wieczorem po mieście skandując: „Czechy! Czechy!” i co może z tego dla nas wszystkich wyniknąć.
- Sama mówiłaś mi wczoraj, że trzeba słuchać swojego serca! Mówiłaś? – i zajrzał mi głęboko w oczy.
- Mówiłam, mówiłam – odparłam (choć gdy to mówiłam, miałam na myśli sprawy nieco innej wagi niż mecz polskiej reprezentacji).
- A ja Michała kocham i jeśli on popiera Czechy, to serce mówi mi, że też mam im kibicować!