Los mnie traktuje czasem łagodnie, a czasem wcale nie tak. Mój były (gwoli ścisłości nie do końca były, ale tak będzie mi wygodnie go nazywać) mąż, którego w dalszym toku narracji nazywać będę NNem, uważał i zawsze powtarzał mi, że wszystko mi z nieba spada, starać się zanadto nie muszę, bo i tak jakoś wychodzę ze wszystkim na swoje. To jednak nie całkiem prawda, bo (mimo że nigdy nie miałam żadnej operacji, nie złamałam ani ręki, ani nogi, ani nawet niczego sobie nie zwichnęłam) czasami nawet mnie spotykają różne przykrości. W dzieciństwie prawie utopiłam się w morzu, a parę lat temu zdarzyło się, że bankomat połknął mi kartę. Jednak większość niefortunnych zdarzeń w moim życiu wiąże się z niewłaściwie i bezmyślnie lokowanymi uczuciami. Jest to jednak przypadłość wielu kobiet i nie jestem pewna, czy można tę właściwość wiązać z jakąś szczególną złośliwością losu. Czym innym są różne przypadkowe spotkania, wpadanie na siebie przy różnych okazjach – i wtedy nigdy nie wiadomo, czy są to głupie przypadki, czy też mądre zrządzenia losu.
A u pani Dalloway to było tak: „mogliby się z Piotrem nie widzieć sto lat; ona nigdy do niego nie pisała, a jego listy były takie bez wyrazu. Ale raptem przychodziła myśl: gdyby był ze mną, co by powiedział? Niektóre dnie, niektóre widoki zwracały go jej łagodnie, bez dawnej goryczy, co może jest nagrodą za to, że się ludzi kochało; wracają nagle w środku St. James's Park jakiegoś pogodnego ranka, naprawdę wracają”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz