Urodziłam się w mieście, które po wojnie zostało zaludnione przez przesiedleńców z różnych stron. Moi przodkowie byli takimi przesiedleńcami z własnej, czy nie własnej woli. Dzisiaj pionierzy (bo tak się ich malowniczo nazywa, chyba, żeby budziły się skojarzenia z Dzikim Zachodem) mają nawet w tym mieście swoją ulicę. Jak przyjeżdżali, to z reguły nic nie mieli, żadnych pamiątek, żadnych fotografii, a ubrania tylko te, co na sobie. Przesiedleńcy byli trochę ludźmi znikąd, a trochę ludźmi uniwersalnymi, żadne tam regionalizmy nie były specjalnie ważne, bo wszystko się dokładnie mieszało i nie było łatwo się w tym wszystkim połapać ani im, ani dzieciom, które potem się w kolejnych wyżach demograficznych rodziły.
Kiedy opuściłam rodzinne miasto, a było to w 1993 roku, odjeżdżałam z niego pociągiem, po mostach nad kolejnymi rzekami i kanałami, świeciło wrześniowe słońce i bardzo pięknie było. A ja stałam sobie w korytarzu i myślałam, że już nigdy tam nie wrócę, jeśli nawet od czasu do czasu po coś przyjadę. I to była moja największa jak dotąd podróż do nikąd. Myślę czasem, że odbyłam ją głównie po to, by utrwalić w sobie to bycie stąd i stamtąd, a tak naprawdę znikąd. Różne życiowe koziołki, które raz na kilka lat wykonuję są być może również po to: wyobrażam sobie starodawny świat, w którym są różne urocze tradycje i chciałabym być w takim świecie z porcelanowymi filiżankami i z portretem pradziadka na ścianie, ale ten świat nie jest dla mnie, bo z portretu wyłażą korniki, a filiżanki rozpadają mi się w rękach.
I być może przez to wszystko, kiedy już będę bardzo stara (a nie tak jak teraz, tylko trochę), pomiesza mi się wszystko w głowie i już nie będę wiedziała gdzie jestem, i nawet nie będę pamiętała swojego starego imienia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz