Z tego wszystkiego najgorsze jest i najtrudniejsze pogodzenie się z myślą, że się żyło z kimś, kto niszczył twoje życie i ciebie. Że się to akceptowało, pozwalało na to, tłumacząc samej sobie, że to tylko dlatego, że jest nieszczęśliwy, że przez to, że się urodził nie tam, gdzie by chciał i nie wtedy, że wszystko jest nie takie, jakby chciał, praca nie taka, koledzy nie tacy, on sam. I że się stopniowo przyjmowało, że jego racje mają spory sens: dało się sobie wmówić i o własnym wyglądzie, i o własnym zatrudnieniu, że wszystko to nie takie. I że brało się winę na siebie, i że brało się na siebie wstyd za jego występy i sprawki. Dla nikogo dobre to nie było, ale się tak w tym trwało, myśląc, że lepiej niczego nie zmieniać, bo zdarzy się jeszcze coś gorszego. I w sumie racjonalne to było. Kiedy się z tego wszystkiego wymknęło, uciekło, kiedy się to zostawiło – dostało się sto epitetów, sto oskarżeń, sto podłości i w miejsce wszystkich poprzednich zostało się wrogiem numer 1, numer 2, numer 3 i kolejnymi (bez końca). Ale wszystko, chociaż trwa, się zmienia, zmienia się czas z zimowego na letni, Ziemia się kręci, słońce się kręci, planety i gwiazdy. A ktoś, kto czyni zło niczego dobrego na tym, ani tamtym świecie nie spotka.

Lepiej bym tego nie ujela... Madresmy po szkodzie. Ale dobrze sie obudzic, dobrze znalezc sile.. iw.
OdpowiedzUsuń